Czego dowiedziałam się o sobie w 2016 roku?

Dobiegający końca rok 2016 był jednym z najważniejszych w moim życiu. Urodziłam synka! Wydałam drugą książkę i przeżyłam wiele wspaniałych, jak i odrobinę mniej przyjemnych chwil. Wiele, oj wiele dowiedziałam się o sobie. Więcej niż przez ostatnie lata.

Nie jestem pępkiem świata

Gdy byłam nastolatką i czytałam magazyny dla młodych dziewczyn („Bravo Girl” czy „Twist”), wyczytałam zdanie: „Fakt, że chłopak chodzi naburmuszony i nie chce z tobą rozmawiać, nie musi oznaczać, że to ciebie dotyczy problem. Być może ma zły dzień albo spotkało go coś przykrego. Nie jesteś pępkiem świata”. A jednak przez wiele lat miałam problem, żeby wbić to sobie do głowy. Gdy szefowa miała kiepski nastrój, myślałam, że to ja coś schrzaniłam. W ogóle gdy ktokolwiek z mojego bliskiego otoczenia miał muchy w nosie albo wisielczy nastrój, od razu przyczyny szukałam w sobie. Dziś wiem, że to absurd. A wyleczyło mnie z tego dziecko. To wszystko prawda, co mówią, piszą i śpiewają o macierzyństwie: przestajesz być egoistką i egocentryczką. Odkrywasz, że wszystko kręci się wokół tego małego człowieka, a nie ciebie. To bardzo pouczające – i niewątpliwie przydaje się w życiu.

Mogę znieźć każdy ból

Bo skoro zniosłam bóle porodowe, połóg i początki karmienia piersią, nie boję się już niczego. Serio. Zacznijmy od tego, że mam niski próg odporności na ból. Nawet Rafek, gdy byłam w ciąży, parę razy powiedział, że z moim porodem może być kiepsko, bo jestem zupełnie nieodporna na ból. Taki typ hipochondryczki ;-). Dlatego o porodzie nawet nie chciałam myśleć, a wizja wypchnięcia z siebie żywego człowieka bez znieczulenia wydawała mi się koszmarem z ulicy Wiązów. Spodziewałam się Armageddonu. W dniu porodu byliśmy jeszcze na lodach, wykąpałam się, o 15 zjadłam niedzielny obiad u teściów, ok. 16.30 stwierdziłam, że chyba coś się dzieje i trzeba pojechać do szpitala, a o 18.55 pierwszy raz zobaczyłam Filusia na oczy. Ja! Podobno z zerowym progiem odporności na ból. Mało tego – zniosłam nawet koszmarne początki karmienia piersią, które były dla mnie bardziej bolesne od porodu (tak!). Dziś wiem, że nie ma takiego bólu, którego bym nie przetrwała. Mam tę moc!

Nie umiem żyć bez pisania

A jednak. Już wcześniej podejrzewałam, że tak jest, ale odkąd na świecie pojawił się nasz synek, nie mam już złudzeń, że mogłoby być inaczej. Piszę co prawda mniej niż przed porodem. Znacznie mniej niż bym tego sobie życzyła! Ale jednak piszę: czasem jeden tekst przez kilka dni, czasem tylko parę zdań dziennie, bo padam ze zmęczenia, a oczy i krzyż odmawiają posłuszeństwa. Prawda jest jednak taka, że gdy w pierwszych tygodniach po porodzie nie pisałam, byłam nieszczęśliwa. To się zmieniło, gdy wróciłam do stukania w klawiaturę. Napisałam już 150 stron nowej powieści (stan na koniec roku), a już myślę o kolejnych książkach – boję się, że mi życia nie starczy, by spisać to wszystko! Moja mama mówi do mnie często, żebym wieczorami kładła się wcześniej spać i łapała cenne godziny (Filipek niestety od urodzenia nie przespał nocy). Odpowiadam wtedy, że zazwyczaj tylko wieczory mam na pisanie. I owszem, niby mogłabym się wtedy położyć: byłabym wyspana, ale nieszczęśliwa. A ja wolę być szczęśliwa, nawet jeśli niewyspana.

Nie jestem już małym dzieckiem

Fajne odkrycie jak na trzydziestolatkę, czyż nie? 😉 Prawda jest jednak taka, że nigdy nie umiałam myśleć o sobie jak o dojrzałej, dorosłej kobiecie. Jestem dziewczyną, z którego nigdy nie wyrosło dziecko – tak się postrzegałam. I wciąż lubię tak o sobie myśleć, jednak właśnie w tym roku dotarło do mnie, że nie jestem już małolatą, a lata beztroski minęły bezpowrotnie. Urodziłam dziecko, to raz. Ale nie tylko o to chodzi. Gdy patrzę na moich bliższych i dalszych znajomych, pojawiają się takie tematy tak: forsa (i jej permanentny brak), problemy z pracą i utrzymaniem, kłopoty z dziećmi, choroby, rozpady wieloletnich związków, opieka nad rodzicami, rozwody… Coraz rzadziej gada się o pierdołach, jak to miało miejsce jeszcze parę lat temu. Przyznaję, że to bolesna konfrontacja z rzeczywistością.

Mam poczucie niespełnienia

Może gdy wreszcie o tym napiszę, zdejmę z siebie klątwę. Poczucie niespełnienia to moja pięta achillesowa. Teoretycznie dużo udało mi się osiągnąć: mam własną firmę, robię to, co kocham i zarabiam na życie w sposób, w jaki zawsze chciałam, wydałam dwie książki. A mimo to ciągle mi mało, ciągle mam poczucie, że nie robię niczego dostatecznie wartościowego. Imponują mi przedsiębiorcze, przebojowe kobiety sukcesu. Być może dlatego nieustannie wymyślam nowe pomysły na biznes; Rafał śmieje się, że w moim przypadku najlepszym biznesem byłby punkt oferujący… pomysły na biznes ;-). Jestem osobą, która musi sobie nieustannie podnosić poprzeczkę. Nie jest wcale powiedziane, że to poczucie niespełnienia minie mi kiedykolwiek – być może takim jestem typem człowieka, któremu ciągle mało. Wciąż głowię się, czy to wada, czy zaleta.

Przeżywam rzeczy, których bym się nie spodziewała

To dopiero było odkrycie! Od dawna wiedziałam, że mam podobnie jak Brodka, która w jednej ze swoich piosenek śpiewa: Do wielu łez niewiele trzeba mi. Okazało się jednak, że przy dziecku rozklejam się szybciej niż ono. I nie chodzi nawet o ból (jak początki karmienia piersią) czy zmęczenie wpisane w codzienność młodej matki. Ale że będę przeżywać np. problemy malucha z drzemką czy zbyt wczesne pobudki, to tego bym się naprawdę nie spodziewała! Nikt mnie nie uprzedził, że nie poród, nie karmienie, nie kąpanie, nie przewijanie, nie ubieranie, a właśnie sen dziecka jest sferą, która nomen omen spędza sen z powiek niejednemu rodzicowi. Mojemu mężowi zdarzyło się już nazwać mnie histeryczką i pewnie nie minął się z prawdą. A ja każdą pobudkę, każdą przerwaną albo niezgodną z rozkładem dnia drzemkę, każde zbyt szybkie wybudzenie i łzy przed zaśnięciem przeżywam jak przysłowiowa świnka kaszel! Czekam niecierpliwie, kiedy mi przejdzie.

Nie umiałabym żyć bez synka i męża

Nie wymaga komentarza. Podobno kobieta, która zostaje matką, nigdy już nie będzie spać spokojnie. Dobrze to rozumiem. Synek i mąż to cały mój świat, bez którego nie mogłabym istnieć. Nie umiałabym, nie chciałabym i w ogóle nie, nie, never.

Jestem feministką przez duże F

Żeby zrozumieć, jak duże jest to F, powinniście być świadkiem sytuacji, w której ostatnio uczestniczyłam. Ktoś powiedział w moim towarzystwie, że kobieta jest niższą płcią od mężczyzny. I że ma… mniejszy mózg. Wściekłam się! Boże, jaka ja się wściekłam. Aż musiałam wyjść do drugiego pokoju, żeby ochłonąć. Musicie wiedzieć o mnie jedno: NIGDY nie pozwolę, żeby ktokolwiek wygłaszał przy mnie tego typu średniowieczne, wielokrotnie obalone przez naukowców opinie. Całe moje życie – książki i artykuły, które piszę i które czytam oraz moje poglądy – dotyczą walki z krzywdzącym stereotypem, zgodnie z którym kobiety rzekomo są mniej inteligentne, mniej odkrywcze i w ogóle głupsze od facetów. Ta sytuacja uświadomiła mi, jak wiele jest jeszcze do zrobienia – a mamy przecież XXI wiek. Jestem feministką, bo opowiadam się za równouprawieniem płci. Żądam jednakowego traktowania kobiet i mężczyzn. Prawa kobiet, losy żon żyjących w cieniu mężów, role społeczne i kulturowe – to tematy, które niezmiennie mnie interesują.

Przy okazji zachęcam do przeczytania kilku moich artykułów związanych z tym, o czym piszę powyżej:

Jak Polki wywalczyły prawa wyborcze

Macierzyństwo to nie sen. O kobietach, które nie odnajdują się w roli matki

Jak żyje się Polkom na wsi? (artykuł z moim komentarzem)

Dlaczego Polki wybierają samotność?

No dobrze, a co z tym mózgiem? Owszem, kobiecie mózgi faktycznie są mniejsze, ale nie ma to żadnego związku z inteligencją. Mało tego – badania naukowe wykazały, że kobiety z mózgu potrafią korzystać znacznie efektywniej od mężczyzn (serio?). Z tego tekstu dowiadujemy się, że mózg kobiecy pracuje wydajniej niż męski, bo zużywa mniej energii, a podczas archiwizowania informacji angażuje mniejszą liczbę komórek i bywa przy tym znacznie efektywniejszy. Podawanie więc argumentu, że kobiety mają mniejsze mózgi na poparcie tezy, że są głupsze, jest cokolwiek chybione. I w ogóle… aj, nie chcę się denerwować. Zresztą. Nie od dziś wiadomo, że rozmiar nie ma znaczenia ;-). Gdyby było inaczej, Pudzian stałby w kolejce po Nagrodę Nobla.

A podsumowując, rok 2016 był naprawdę udany. Życzę sobie i Wam, żeby nowy, 2017 był przynajmniej nie gorszy od swojego poprzednika.

Ewa

2

  • Nateinazkomina

    Świetny wpis. Życzę sobie kiedyś prowadzić bloga w ten sposób w jaki robicie to Wy. Najbardziej zaskoczyło mnie podsumowanie, że jesteś w stanie przetrwać wszystko, po tym jak przeżyłaś ciążę i karmienie. Cieszę się, że terapia szokowa i bólowa może wywołać pozytywne skutki i wzmacniać, zamiast osłabiać. zostajetu.blog.pl