Chcę na Marsa, czyli nie taki piękny XXI wiek, jak go malowali

Roboty wyręczające we wszystkich obowiązkach, latające samochody, urlop spędzany na Marsie – tak miało wyglądać nasze życie w XXI wieku. A jakie się okazało? Na razie, łagodnie ujmując, dupy nie urywa…

Działo się to dawno, dawno temu, w 1984, a może 1985 roku, w lekko psychodelicznym kraju zwanym Polską Rzeczpospolitą Ludową, co już samo w sobie było zabawne, bo rządząca nim ekipa miała generalnie lud w głębokim poważaniu. Na szkolnym korytarzu jednej z tysięcy identycznych podstawówek, wybudowanej na osiedlu wyglądającym dokładnie tak samo jak wszystkie inne, siedziało na tornistrach kilku chłopaków i rozmową zabijało czas w oczekiwaniu na dzwonek zwiastujący koniec długiej przerwy.

Dziś pewnie spędzaliby ją ze smartfonem w ręku, grając w Traffic Ridera, wysyłając do wirtualnego pojedynku kolejnego pokemona, wrzucając zdjęcie na Facebooka albo w najlepszym razie prowadząc konwersację na czacie. Wtedy po prostu się gadało. O pierdołach, takich jak praca domowa z matematyki czy dyktando z polskiego oraz całkiem poważnych zagadnieniach, na przykład najnowszym prospekcie firmy Lego, którego posiadaczem stał się jeden z kolegów albo intrygującym swetrze nauczycielki chemii, według niektórych ewidentnie odsłaniającym szczegóły anatomiczne ciała pedagogicznego.

Tym razem temat był największego kalibru. Dotyczył bowiem przyszłości, czyli mitycznego XXI wieku, który wtedy, w pierwszej połowie lat 80. ubiegłego stulecia, wydawał się pojęciem czysto abstrakcyjnym. Podobnie zresztą jak wiele innych, na przykład praca, seks (nawet nie jestem pewien, czy używaliśmy tego słowa) albo dorosłość. Nie mieliśmy pojęcia, co to znaczy etat, kredyt hipoteczny, umowa-zlecenie, orgazm czy łechtaczka, a 40-letni facet wydawał nam się dziadkiem stojącym już jedną nogą nad grobem.

Za to doskonale wiedzieliśmy, jak będzie wyglądał świat w XXI wieku. W przeciwieństwie do współczesnych rówieśników uwielbialiśmy bowiem czytać książki. Pewnie wynikało to z faktu, że nie miały konkurencji pod postacią internetu, konsoli do gier czy telewizorów kuszących setkami kanałów, ale dzięki temu mieliśmy o czym rozmawiać. W moim pokoleniu szczególną popularnością cieszyła się literatura science-fiction, trudno dostępna w księgarniach i rozchwytywana w bibliotekach. Gdy komuś udało się zdobyć książkę Raya Bradbury’ego, Stanisława Lema czy Isaaca Asimova, wypożyczał ją później kumplom, a gdy już wszyscy zapoznali się z treścią, następowało gremialne omawianie.

Jak już wspomniałem, tego dnia siedzący na tornistrach chłopaki (a wśród nich pucułowaty okularnik, który trzydzieści parę lat później pisze te słowa) dyskutowali na temat przyszłości, między innymi zarysowanej przez twórców fantastyki naukowej. „W XXI wieku wszystko będą za nas robiły automaty. Usiądę sobie w fotelu, a robot pójdzie na zakupy, posprząta i zrobi obiad” – opisywał jeden z uczestników spotkania. „Najfajniejsze będą latające samochody i odrzutowe plecaki, takie jak w komiksie miał Tytus. Podobno w Ameryce już coś takiego można kupić. Zakładasz na plecy i lecisz, gdzie chcesz” – ekscytował się inny kolega. I tak dalej, i tak dalej.

Analizowaliśmy wizje domów wczasowych na Marsie, podwodnych miast zamkniętych w szczelnych kulach na dnie oceanów, holograficznej telewizji, dzięki której poczujemy się jakbyśmy wskoczyli do filmu, i wielu innych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, które miały się urzeczywistnić w tym wspaniałym XXI wieku.

Oczywiście nie jestem przekonany, czy taka dyskusja naprawdę się odbyła, a nawet jeśli miała miejsce (czego wcale nie wykluczam), to niestety nie pamiętałbym jej dokładnego przebiegu. Chciałem po prostu zaprezentować sposób naszego ówczesnego myślenia o przyszłości. Literatura s-f niewątpliwie odciskała na nim potężne piętno. Dzięki Asimovowi wierzyliśmy, że w kolejnym stuleciu roboty będą robić za nas niemal wszystko (choć jednocześnie obawialiśmy się ich buntu), Bradbury roztaczał wizję kolonizacji Marsa (według „Kronik marsjańskich” w 2016 r. powinna ona trwać w najlepsze), natomiast Lem przemycał w swoich powieściach mnóstwo rewolucyjnych wynalazków, mających być czymś zwyczajnym w XXI wieku, takich jak np. elektroniczna książka.

W przypadku polskiego pisarza sporo jego wizji faktycznie się zmaterializowało, czego najlepszym przykładem jest czytnik e-booków. Jednak większość moich młodzieńczych wyobrażeń o życiu w obecnym stuleciu okazała się zwykłymi mrzonkami.

Przykłady? Wciąż nie udało się zrealizować hasła „robot w każdym gospodarstwie domowym”, bo bynajmniej nie mam na myśli intensywnie reklamowanego ostatnio „inteligentnego” dysku na kółkach, który mimo licznych zalet pozostaje tylko połączeniem odkurzacza z mopem i daleko mu do metalowego gościa z dawnych filmów, co to pomasuje, ugotuje, posprząta, wyjdzie z psem na spacer, a jak trzeba pogoni złodzieja.

Wizja podboju Marsa też pozostaje odległa, choć ostatnio miliarder Elon Musk, bez wątpienia jeden z najbardziej kreatywnych mieszkańców naszego globu, przedstawił intrygujący plan kolonizacji Czerwonej Planety. Należąca do niego firma SpaceX pracuje już nad rakietą zdolną do zabrania na pokład jednorazowo 100 pasażerów i dużej ilości towarów.

Musk zamierza stworzyć na Marsie samowystarczalne kolonie ludzkie, jednak wcześniej musi znaleźć pomysł na obniżenie kosztów przedsięwzięcia, bo na razie są szacowane na … 10 miliardów dolarów na jednego kolonizatora.

Do dopracowania pozostało jeszcze wiele innych „drobiazgów”, takich jak psychologiczne i medyczne przygotowanie pasażerów do 9-miesięcznej podróży, a później ich adaptacja do bardzo trudnych warunków na Czerwonej Planecie, gdzie panują ekstremalnie niskie temperatury, ciążenie jest bardzo małe, a atmosfera rozrzedzona. Niezrażony tym Musk planuje start pierwszej rakiety na 2024 r. Pożyjemy, zobaczymy…

Może do tego czasu pojawią się też latające samochody? Dziś to ciągle śpiew przyszłości, choć takie amerykańskie firmy jak Hyperloop One czy Terrafugia prowadzą już ponoć zaawansowane prace nad autolatami. Druga z nich dostała nawet zgodę od amerykańskiej Federalnej Administracji Lotnictwa na testowanie prototypów i zapowiada, że pierwsze maszyny trafią na rynek w 2023 r. Jednak podchodzę do tych informacji sceptycznie, bo jeszcze całkiem niedawno Terrafugia obiecywała, że rewolucyjny wehikuł ujrzy światło dzienne w 2016 r.

Jak widać nie sprawdziły się przepowiednie nie tylko pisarzy s-f, ale także twórców kultowej serii filmowej „Powrót do przyszłości”. Jej bohater, Marty McFly, który przeskakuje z lat 80. do roku 2015, podziwia właśnie latające samochody. Powszechnym środkiem komunikacji w tym świecie jest także lewitująca deskorolka. Wprawdzie dziś produkuje się podobny sprzęt, ale raczej nie ma on szans na rychłe upowszechnienie, ponieważ jest bardzo drogi, potrzebuje specjalnego podłoża, a bateria starcza zaledwie na 10 minut zabawy.

Można by jeszcze długo wyliczać niezrealizowane wizje przyszłości, która dziś stała się naszą teraźniejszością. Chyba nie tylko ja żałuję, że fantazją pozostał na przykład pomysł Frederika Pohla, autora jednej z moich ulubionych powieści s-f „Gateway – brama do gwiazd”, której bohaterowie fundują sobie Pełen Pakiet Medyczny, dzięki czemu mogą przez przynajmniej kilkadziesiąt lat zachować młodość, nie martwiąc się jakimikolwiek chorobami. Choć z drugiej strony w tym fikcyjnym świecie stać na to tylko bogatych, co trochę przybliża książkowe realia do polskiej rzeczywistości przełomu lat 2016/17, w której prosty zabieg usunięcia zaćmy wyznaczono mojej mamie za… cztery lata, ale ten czas może skrócić do kilku dni, jeśli tylko wysupła z emeryckiego portfela 3-4 tys. zł.

Czy tak wyobrażaliśmy sobie XXI wiek? Chyba nie. Oczywiście nasza epoka może też pochwalić się spektakularnymi osiągnięciami, które bez wątpienia zszokowałyby podróżującego w czasie chłopca z lat 80. Zafascynowałby go smartfon, zachwyciłby się płaskim telewizorem i z niedowierzaniem przyglądałby się komputerowi, już nie wspominając o śmigającym w nim internecie.

Fakt, w dziedzinie rozmaitych gadżetów nastąpił niewiarygodny przełom, szczególnie, gdy konfrontuję współczesność z okresem młodości, gdy szczytem marzeń była radziecka gierka z wilkiem łapiącym spadające zewsząd jajka.

Z jednego na pewno nie możemy być dumni. Nie udało się bowiem urzeczywistnić wyobrażeń wielu XX-wiecznych futurystów, którzy spodziewali się, że kolejne stulecie będzie czasem pokoju, miłości i odpoczynku po epoce wojen, totalitaryzmów oraz ludobójstwa. Wystarczy obejrzeć choć jeden reportaż z Aleppo, uroczego niegdyś syryjskiego miasta, które dziś przypomina Warszawę po pacyfikacji powstania, by przekonać się, jak bardzo się mylili tamci wizjonerzy…

Rafał

fot. Pixabay

2