Cham, ale swój, czyli jak skompromitować feminizm

Czy nazwanie kobiety kurwą przez mężczyznę jest obraźliwe? Skądże! Świadczy o jego skłonności do słownej ekwilibrystyki i specyficznych żartów. No i umiłowaniu wolności. Warunek – facet musi być pupilkiem warszawskich salonów.

Ten tekst będzie się składał niemal wyłącznie z cytatów, bo zwyczajnie nie potrafię znaleźć sposobu na lepsze spuentowanie tej historii niż prezentacja bredni artykułowanych przez jej bohaterów, a przede wszystkim bohaterki. Okazało się bowiem, że czołowym polskim feministkom do obnażenia niekonsekwencji (a może nawet głupoty) wcale nie potrzeba adwersarzy, gdyż skutecznie kompromitują się same.

Zaczęło się od wywiadu, który ukazał się niedawno w „Wysokich Obcasach”. Ceniona reporterka Anna Śmigulec rozmawiała z terapeutką seksualną Alicją Długołęcką, zaś pretekstem była rozgrzewająca w ostatnim czasie emocje akcja #MeToo, w ramach której molestowane kobiety dzielą się w internecie swoimi traumatycznymi doświadczeniami.

W pewnym momencie dziennikarce zebrało się na szczerość i opowiedziała o niemiłym incydencie z udziałem znanego pisarza, zresztą od dawna przez nią podziwianego.

Śmigulec przeprowadzała wywiad z tym literatem. Po spotkaniu odprowadził ją i okazało się, że oboje lubią tę samą kawiarnię nieopodal. „Ja szłam do niej od razu, on rzucił, że może wpadnie tam potem, z kolegą. Rzeczywiście, z godzinę później, kiedy siedziałam już z koleżanką, reporterką, dołączył do naszego stolika. Rozmawiamy miło, kafejka pełna ludzi, aż tu nagle w drzwiach pojawia się ów kolega, a pisarz woła do niego: „Chodź, kurwy już są!”. Zamurowało mnie. Nie zrobiłam nic, choć na co dzień jestem asertywna i reaguję, gdy komuś dzieje się krzywda” – wyznała reporterka.

Długołęcka długo namawiała ją, by zdradziła nazwisko tego wulgarysty. Dziennikarka bardzo się jednak krygowała. „Ale dlaczego? No tak, to był autorytet, stawiała go pani wyżej w hierarchii, miała pani zupełnie inny obraz tego człowieka. Wiele osób wykorzystuje to, że jesteśmy od nich w jakiś sposób zależne zawodowo lub emocjonalnie” – postawiła szybką diagnozę terapeutka.

Wreszcie pod koniec wywiadu Śmigulec zdobyła się na odwagę i zdradziła, że negatywnym bohaterem tej historii jest Janusz Rudnicki, laureat wielu prestiżowych nagród, regularnie goszczący na łamach „Gazety Wyborczej” czy w programach TVN-u, ulubieniec gwiazd (w jednym z wywiadów zachwycała się nim aktorka Magdalena Cielecka) i krytyków, sam siebie skromnie określający mianem „najwybitniejszego żyjącego pisarza polskiego”.

Po kilku dniach na portalu Wysokieobcasy.pl ukazał się jego komentarz do zarzutów, który niektórzy nazwali przeprosinami, choć mam poważne wątpliwości, czy można tak nazwać ten bełkot.

Rudnicki napisał: „Tak powiedziałem? Kurwy już są? To wszystko? Czegoś tam chyba brakuje. W sensie, to musiało być zaokrąglone, coś w rodzaju, człowiek ich szuka po burdelach, a one siedzą tu, we Wrzeniu Świata. Czyli jakaś mikroprzypowieść. No nie, nieważne, ważne to: Anka, do mężczyzn też mówię czasami per kurwo lub pizdolino, a kobiety do mnie „cześć chuju”. To jest po prostu taka gra na słowa, tylko i wyłącznie na słowa, a nie na ich znaczenie. Taki rodzaj kodu między samymi swoimi, taka po prostu wolna amerykanka. Nie ze wszystkimi tak jednak można, czasami o tym zapominam, że nie każdy jest samym swoim. Lub zły mam po prostu timing i ta frazeologiczna kula, zamiast po prostu rozbawić, trafia w płot. No więc jasne, że Cię przepraszam. Za ten żart. Zły i, jak czytam, bolesny, ale przecież, no trudno, żeby inaczej, żart. Ze wszystkimi można wszystko, tak myślałem, tak chciałem, naiwny. Nie można”.

Być może po tych abstrakcyjnych pseudoprzeprosinach żenująca sprawa trafiłaby do ciemnego kąta historii, ale wtedy nieoczekiwanie do akcji wkroczyły czołowe polskie feministki.

Rzuciły się na wulgarnego mizogina Rudnickiego? Tak podpowiadałby logika, z którą jednak to środowisko ma najwyraźniej kłopot, ponieważ silny front postępowych pań zaatakował… Śmigulec.

Zaczęła sama Kazimiera Szczuka, która za pośrednictwem internetu zakomunikowała: „Dla mnie ta historia o strasznym pisarzu w WO jest głupia do łez. Oczywiście – teksty Janusza Janusz Rudnicki są patologiczne i milion razy mu to mówiłam. Ale robienie z siebie ofiary z powodu debilnego żartu w kawiarni to jakaś żałość rzeczywiście ośmieszająca ideę dzielenia się opowieściami o molestowaniu. Znam Janusza Rudnickiego. Lubię go. Jego patologiczne żarty traktuję jako przejaw choroby o nieznanej etiologii. I tyle”.

„Jeśli na skutek akcji metoo Rudnicki przestanie się wygłupiać, to jednak poczuję się osobiście stratna” – stwierdziła z kolei Małgorzata Omilanowska, była minister kultury (choć w tym kontekście brzmi to jak upiorny i marny dowcip, trochę w stylu bohatera tego tekstu).

Wszystkie obrończynie pisarza przebiła jednak Eliza Michalik (działaczka feministyczna udająca dziennikarkę). „(…) na koniec dnia może się okazać, że wyprowadzanie norm obyczajowych i prawnych z czyjegoś subiektywnego poczucia zawstydzenia czy zniesmaczenia jest bardzo niebezpieczne. I może skończyć się tym, że tylko jeden punkt widzenia i jedna wrażliwość (w Polsce najpewniej katolicko-narodowa) będą dyktować, jak żyć i z czego się śmiać” – zaalarmowała, a jej słowa – jak rozumiem – powinny definitywnie zakończyć akcję #MeToo, bo przecież trudno zarzucać na przykład słynnemu hollywoodzkiemu producentowi Harveyowi Weinsteinowi molestowanie setek kobiet, bo przecież może to wynikać tylko z ich subiektywnego poczucia zawstydzenia czy zniesmaczenia. Po co więc to całe zamieszanie?

Aha, jeszcze swoje trzy grosze dorzuciła pisarka Krystyna Kofta, która wyraziła solidarność z Rudnickim, napiętnowanym w przebrzydłym wywiadzie. „Tu jednak trafiłeś ze swoim sztandarowym żartem, w tej knajpie, na inną mentalność niż Twoja. No i masz za swoje! Już raz siedziałeś za wolność, może znów Cię wsadzą, albo zapłacisz karę, za zaśmiecanie przestrzeni publicznej brzydkimi wyrazami. Donos obywatelski się znajdzie!” – ostrzegła.

Czy warto to komentować? Chyba nie. Zakończę zatem jeszcze jednym cytatem, internauty Krzysztofa Banacha: „Pan Rudnicki jest takim wesołkiem, że pewnie jak wsadzi obcej pani swą rękę w majtki, to pani Szczuka powie, że on to jest podśmiechujek i to taka zabawa wesoła była, vintage, jak na wiejskim weselu. A pani Michalik natychmiast się ustosunkuje, że nie może być tak, że ktoś będzie narzucał jej subiektywne poczucie zawstydzenia, skoro to nie jest problem, bo przecież tylko wsadził rękę w majtki, a palca w tyłek już nie, więc jest luz i ogólnie hahahihi”.

W ogóle prawdziwym chichotem historii jest fakt, że to facet musi punktować feministki broniące mężczyzny robiącego sobie obleśne żarty z kobiet. O tempora, o mores!

Rafał

fot. Pixabay

2