Cała nadzieja w Hurts

W ciągu kilku lat stali się jednym z najpopularniejszych brytyjskich zespołów. Duet Hurts wydał czwartą płytę i właśnie opuścił Polskę po dwóch koncertach, utwierdzając mnie w przekonaniu, że niewiele jest tak porządnych grup.

We współczesnej muzyce niewiele znajduję porządnych propozycji. Każdego ranka włączam radio i wciąż słyszę to samo – nijakie, pozbawione talentu, dobrej dykcji i charyzmy piosenkarki, które śpiewają błahe piosenki o niczym. Zespoły, które grają na jedno kopyto. Zniewieściali faceci, którzy nie mają nic ciekawego do przekazania. Durnota, brak pomysłu na siebie, powtarzalność. Oto, jak widzę współczesny rynek fonograficzny. Tak, wiem, że to surowa ocena. Opisuję bowiem mainstream, tymczasem istnieje całe zaplecze niezłej muzyki wykonywanej przez niszowych twórców, o których słyszeli nieliczni. Dlatego uśmiecham się za każdym razem, gdy wśród tej mainstreamowej papki któraś rozgłośni gra Hurts. Grają, rzadko, lecz ważne, że jednak grają.

Wierną fanką brytyjskiego duetu, który tworzą Theo Hutchcraft (wokal) i Adam Anderson (muzyka), jestem od początku ich działalności, czyli od 2009 roku – a w zasadzie od 2010, kiedy usłyszałam „Wonderful Life”, singiel z ich debiutanckiej płyty „Happiness” (2010). To wtedy dowiedziałam się, czym jest gatunek muzyczny określany jako synth pop. Znalazłam również następców Depeche Mode, innego brytyjskiego zespołu grającego więcej niż porządną muzykę.

Muzyka Hurts nigdy nie była dla mnie sezonową modą. Album „Happiness” mnie oczarował. Drugi krążek – „Exile” (2013) to petarda. Nieustannie wracam do tych płyt, nagrane w tamtych latach piosenki nigdy mi się nie nudzą. Theo ma znakomity, czysty, melodyjny głos, charyzmę, której szukam u artystów, urok osobisty, perfekcyjną dykcję. Ktoś kiedyś zażartował, że mógłby odśpiewać książkę telefoniczną i brzmiałoby to wspaniale. Nie ma w tym przesady. Hurts ma kapitalnego frontmana. Natomiast Adam to multiinstrumentalista. Siłą Hurts są wspaniałe melodie, a szczególnie tzw. mosty. W zasadzie nie wiem, co podoba mi się bardziej: fragmenty utworów, w których słyszę Theo, czy też te, kiedy grają same instrumenty.

Czy zatem w muzyce Hurts nie ma się do czego przyczepić? Nie do końca. Trzeci album chłopaków „Surrender” (2015), który w tym tekście określiłam jako „dyskotekowa nostalgia” był gorszy niż „Happiness” i „Exile”. Ta płyta mnie zaskoczyła, bo Theo i Adam odeszli od synth popu w stronę popu… pościelowego – i chyba miałam na myśli własną nostalgię za stylem, do którego mnie przyzwyczaili. Ale wybaczyłam im to, bo na krążku znalazło się kilka naprawdę niezłych utworów, poza tym nie ma nic gorszego od artysty, który po sobie powtarza.

Z ogromnym zaciekawieniem i lekkim niepokojem czekałam na czwarty album Hurts. Ukazał się niedawno, we wrześniu 2017 roku, dostał tytuł „Desire”. Pierwsze cztery piosenki przesłuchałam w samochodzie. Głośno i ze łzami w oczach – zawsze tak słucham Hurts, gdy jestem sama ;-). Gdy wróciłam do domu, oznajmiłam Rafałowi, że jestem szczęśliwa i czuję ulgę, bo płyta „Desire” jest świetna. Była to jednak przedwczesna euforia, bo gdy wysłuchałam w domu reszty, straciłam cały entuzjazm.

Dopiero gdy doszłam do 12. utworu – „Hold on to me” usłyszałam prawdziwy duet Hurts. Wszystko, co pomiędzy, nie tylko nie bardzo mi się spodobało, ale wkurzyło mnie do tego stopnia, że napisałam na Facebooku chłopaków komentarz: „Uwielbiam was, tyle że kiedyś czerpaliście inspirację z Depeche Mode. Teraz czerpiecie ją z *NSync”. Jak dla mnie na „Desire” za dużo jest pościelówek i międlenia o niczym. Atutem Hurts zawsze był fakt, że nawet gdy śpiewali o prostych sprawach, to nie brzmiało to błaho. Na „Desire” proste piosenki momentami brzmią jednak zbyt… prosto. Nie tylko ja zresztą poczułam się rozczarowana; po premierze na Theo i Adama wylała się fala krytyki. Fani pisali, że Hurts się skończyło, że są na muzyków źli i się z nimi żegnają. Ja nigdy bym czegoś takiego nie napisała – chociażby z szacunku dla ich dotychczasowego dorobku.

W czerwcu, jeszcze przed premierą czwartego albumu, bez wahania kupiłam dwa bilety na koncert w Warszawie. Nigdy bowiem nie zapomnę koncertu, na który pojechaliśmy po premierze „Exile”. Wtedy też chłopaki grali na warszawskim Torwarze. To było jedno z najwspanialszych wydarzeń w moim życiu! Nigdy nie zapomnę tego, co czułam podczas i po koncercie. Byłam uskrzydlona. Dlatego nie miałam wątpliwości, że na tegoroczny koncert muszę pojechać. Ale po przesłuchaniu „Desire” lekko się, przyznaję, obawiałam, czego się spodziewać.

Niepotrzebnie. Po pierwsze: muzyka na żywo zawsze brzmi wyjątkowo. Po drugie: muzyka na żywo zawsze brzmi wyjątkowo, jeśli jest to Hurts. Skromny w oprawie koncert okazał się kompilacją utworów ze wszystkich czterech płyt, co było dla mnie więcej niż miłym zaskoczeniem. A z płyty „Desire” Hutchcraft i Anderson wykonali piosenki, które lubię najbardziej. Czyżby uznali, że pościelówy to jednak nie ich bajka? 😉 Bawiliśmy się z Rafałem wspaniale. Theo świetnie śpiewa na żywo, Adam znakomicie gra. Wszystko się zgadza.

Ci, którzy postawili na Hurts krzyżyk, powinni się nad tym raz jeszcze zastanowić. Nie winię chłopaków, że szukają nowości. To zrozumiałe. Mam jednak przeczucie, że na kolejnym albumie usłyszę Hurts sprzed lat, bo widać, że właśnie tego oczekują słuchacze, a który artysta nie liczy się ze swoimi fanami? I wciąż – pomimo chwilowego błądzenia i ględzenia o pierdołach – trudno nie zgodzić się z jednym z fanów, który kilka lat temu określił Hurts „najbardziej niedocenianym zespołem świata”.

Ewa

2

  • Uwielbiam ich, a koncert w Warszawie był po prostu niesamowity. Jednak faktycznie jest to zespół niedoceniany ale dla mnie jedyny w swoim rodzaju. Ich kawałki mają w sobie taką magię, spokój, a z drugiej strony taką ogromną pasję 🙂 Co do ich ostatniej płyty to faktycznie są tam kawałki nie bardzo pasujące do nich, ale są też takie, których nie da się zapomnieć 🙂 Płytę „Surrender” to ja po prostu ubóstwiam 🙂

  • Invincibleblog

    Żałuje, że nie miałam okazji być na ich koncercie! Faktycznie są niedoceniani a „blind” jest cudne!

    Invincible