Byk już nie jest wściekły, czyli dziwne przypadki Roberta De Niro

Niewielu facetów obdarzyłem równie gorącym uczuciem. I żaden tak bardzo mnie nie rozczarował. Tak, tak Robercie. I talkin’ to You!!!

Też macie tak, że czasami siedzicie bezradnie przed telewizorem i rozgrzewając pilota do czerwoności próbujecie wyłowić coś interesującego z masy idiotycznych programów zapychających ramówki poszczególnych stacji? Wprawdzie w ostatnich miesiącach doświadczam tego stanu znacznie rzadziej niż kiedyś (co jest zasługą małego urwisa, który domaga się ciągłej uwagi i skutecznie odciąga od ekranu), ale niedawno nadarzyła się okazja, by znów zakosztować uroków „wieczoru leniwca”.

Rozłożyłem się na kanapie i rozpocząłem pilotaż. Po kilkunastominutowej szalonej podróży po programach, z pojawiającymi się pierwszymi oznakami oczopląsu, trafiłem na kanał filmowy, gdzie właśnie rozpoczynał się seans komedii „Praktykant”. Palec, który wcześniej obłąkańczo wciskał przycisk „dalej”, zamarł w oczekiwaniu na decyzję mózgu zaintrygowanego informacją, że jedną z głównych ról kreuje ukochany aktor. Wprawdzie jego ostatnie dokonania były dla mnie przeważnie wielkim rozczarowaniem, ale postanowiłem dać mu kolejną szansę.

Robert De Niro gra tutaj Bena Whittakera, 70-letniego wdowca, który odkrywa, że emerytura nie jest wcale taka wspaniała. Dlatego wykorzystuje nadarzającą się okazję, aby wrócić do aktywnego życia i zatrudnia się jako starszy stażysta w redakcji strony internetowej poświęconej modzie, założonej i prowadzonej przez Jules Ostin (Anne Hathaway).

Nie były to całkiem zmarnowane dwie godziny. „Praktykant” jest filmem, jakich teraz mnóstwo. Ani specjalnie dobrym, ani nadzwyczajnie złym. Do obejrzenia i zapomnienia po kilku godzinach. Problem w tym, że komedia z założenia powinna wprawiać widza w dobry nastrój, a mnie tylko przygnębiła. Utwierdziłem się bowiem w przekonaniu, iż De Niro pogrąża się w coraz głębszym aktorskim regresie.

Z twarzy gwiazdora wciąż nie znika ta sama mina, którą doskonale znam ze wszystkich ostatnich produkcji z jego udziałem, od „Showtime” po „Last Vegas” i „Wielkie wesele”. Na ekspresję zdobywa się tylko od czasu do czasu, a wówczas oblicze wykrzywia niepokojący grymas. I tyle.

Motyla noga!!! Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ten sam gość, który w „Taksówkarzu” jako Travis Bickle, zagubiony weteran z Wietnamu, wygłasza przed lustrem pamiętną kwestię „You talkin’ to me?”, za każdym razem wywołując ciarki na mojej skórze. Że to przecież aktor, który genialnie wykreował we „Wściekłym byku”postać Jake’a La Motty, pięściarskiego mistrza wkraczającego na ścieżkę autodestrukcji. Że to bezwzględny gangster Jimmy Conway z „Chłopców z ferajny”, trafiający do piekła wojny wietnamskiej Michael z „Łowcy jeleni”, młody Vito Corleone z „Ojca chrzestnego” czy wychodzący ze śpiączki Leonard w „Przebudzeniach”.

Ta wyliczanka filmów, które dzięki jego niebywałemu talentowi weszły do historii kina, tylko potęguje mój smutek. Gdy próbuję bowiem przypomnieć sobie warte uwagi role De Niro z ostatnich 20-25 lat, przychodzi mi do głowy co najwyżej Patrizio z „Poradnika pozytywnego myślenia” czy ewentualnie despotyczny Jack Byrnes z „Poznaj mojego tatę”, choć już w kontynuacjach tej przebojowej komedii staje się coraz bardziej „drewniany”.

Aktor coraz częściej pojawia się w komediach, bo praca na ich planie – jak twierdzi – sprawia mu dużo frajdy. „Kiedy robisz dramat, tłuczesz kolesia na śmierć młotkiem przez cały dzień, czy co tam masz do zrobienia. Albo musisz odgryźć komuś kawał twarzy. Natomiast jeśli robisz komedię, to drzesz się na Billy’ego Crystala przez godzinę i idziesz do domu” – tłumaczy w jednym z nielicznych wywiadów.

Efekt? Takie wiekopomne „dzieła”, jak niedawny film „Co ty wiesz o swoim dziadku?”.

Nie odważyłem się go obejrzeć, wystarczył mi trailer, w którym mój ukochany aktor, przez lata dostarczający wzruszeń i emocji, rzuca teksty w stylu „Łykasz browca, a nie końskiego kutasa” i chwali się, że „ma dłuższego kija” niż wnuczek.

Niedługo dowiemy się, czy za tę wybitną kreację zostanie uhonorowany Złotą Maliną. To już jego druga nominacja do antynagrody przyznawanej najgorszym filmom i ich twórcom. Wcześniej De Niro miał szansę otrzymać statuetkę z plastikowym, pomalowanym na złoto owocem, za udział w beznadziejnym „Showtime”.

Za to na próżno szukać go na liście kandydatów do Oscara, choć na przełomie lat 70. i 80. był jednym z ulubieńców Amerykańskiej Akademii Filmowej. Najbardziej prestiżową nagrodę w branży otrzymał dwukrotnie, za „Ojca chrzestnego II” oraz „Wściekłego byka”. Tylko, że wtedy po prostu mu się chciało i był gotów na wszystko, by tylko nadać prawdziwości kreowanym przez siebie postaciom.

Do roli Vita Corleone perfekcyjnie nauczył się sycylijskiego dialektu, gdy miał zgrać Jake’a La Mottę odbył kilka prawdziwych walk bokserskich i przytył blisko 30 kilogramów, przed „Taksówkarzem” zrobił licencję i woził pasażerów po Nowym Jorku, a do prac nad „Przylądkiem strachu” przystąpił ze spiłowanymi zębami, by nadać grozy swojej postaci. Gdy miał zagrać w „Przebudzeniach”, spędzał całe dnie w szpitalu, w towarzystwie chorych przebywających w śpiączce.

Oglądając go w filmach z ostatnich lat mam natomiast nieodparte wrażenie, że pojawił się na planie przypadkowo, bez wcześniejszego przygotowania. Po prostu, akurat przechodził obok studia i postanowił zajrzeć. W rolach De Niro nie widać dawnego żaru, skłonności do ryzyka i poświęceń. Bez względu na to, czy gra w komedii, kryminale czy dramacie, wciąż stosuje te same, mocno ograniczone środki wyrazu.

Czasem przypomina mi znudzonego robotą urzędnika, który przez cały dzień markuje pracę przerzucając papiery z jednej sterty na drugą, marząc tylko o tym, by wybiła już godzina 16.

Może jestem zbyt surowy, ale od legendy mam prawo wymagać więcej.

De Niro chyba zresztą zdaje sobie sprawę z tej mizerii. Gdy pięć lat temu odbierał statuetkę Złotego Globu za całokształt twórczości zażartował, że cieszy się, iż przyznano mu nagrodę zanim na ekrany weszła komedia „Poznaj moją rodzinkę”. Jednak o jego kryteriach doboru ról trudno dowiedzieć się czegoś więcej, ponieważ aktor słynie z niechęci do dziennikarzy. „Bóg nie udziela wywiadów. Robert De Niro jest tylko trochę mniej niedostępny” – napisał kiedyś magazyn „Esquire”.

W jednej z nielicznych rozmów z mediami przyznał, że nie ogląda swoich starych filmów. „Lubię teraźniejszość, nie tęsknię za tym, co już minęło” – stwierdził. W sumie mu się nie dziwię. Po seansie „Wściekłego byka” czy „Chłopców z ferajny” mógłby popaść w przygnębienie. Bo chyba faktycznie, cytując utwór Perfektu, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonany. Robertowi De Niro ewidentnie się to nie udało.

Rafał

fot. dirtygrandpa.movie

3