Jak być matką (i nie zwariować)

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, a jednak rozpaczliwie potrzebuję tego tekstu celem oczyszczenia umysłu i ducha z nadmiaru niepotrzebnych myśli.

Jesteśmy wam winni wyjaśnienia: nieregularność wpisów na naszym blogu nie wynika absolutnie ze złej woli, słomianego zapału czy znudzenia pisaniem, tylko z totalnego chaosu i niezłego zapieprzu, w środku którego się znaleźliśmy. Żeby uchylić rąbka tajemnicy – przeprowadzamy się! Choć spędziliśmy wiele pięknych lat w przytulnej kawalerce, to przyszedł moment, aby zrobić kolejny krok i ruszyć do przodu. Będziemy mieli trzy pokoje zamiast jednego, co ma niebagatelne znaczenie, skoro wkrótce będzie nas czworo zamiast trojga ;-).

I tutaj pojawia się drugi powód. W związku z powyższym działam na znacznie spowolnionych obrotach, dlatego to, co chciałabym zrobić w godzinę, robię w dwie. Samo posłanie łóżka skutecznie podnosi mi ciśnienie. A musimy się sprężać, bo nowe mieszkanie jeszcze nieskończone. Do tego milion innych tematów na głowie, mnóstwo spraw „na wczoraj”, a doba wiecznie za krótka i…

O czym miałam pisać? O tym, jak czuję się w tym wszystkim, w środku tego kociokwiku, jako matka. Nie, nie przyszła – łapię się na tym, że o dziecku, które ma się wkrótce narodzić, nie mam czasu pomyśleć dłużej, a przynajmniej nie robię tego tak często, jak bym sobie tego życzyła. Chcę napisać, jak czuję się jako matka obecna. Choć opublikowałam kiedyś na blogu tekst skierowany do kobiet nawołujący, by przestały żyć w poczuciu winy, okazuje się, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. A konkretnie: we własnym domu. Mój syn lada moment skończy 2 lata, a ja w kółko zadaję sobie pytanie, na czym właściwie polega macierzyństwo.

Czy na tym, by być z dzieckiem 24 godziny na dobę?
Nie, raczej nie.
Dlaczego więc mam wyrzuty sumienia, gdy Filip 5-6 godzin spędza u babci?
Nie jestem wtedy na kawie, nie lenię się, nie łażę po sklepach.
Ale nawet gdybym to robiła, czy nie mam do tego prawa?
Gdzie jest moje miejsce?

Sytuacja: jestem umówiona, że ok.10 podrzucimy małego moim rodzicom. Oni tylko na to czekają, Filip też bardzo dobrze się tam czuje, a my z Rafałem zaplanowanych spraw mamy po kokardę. Ok. godz. 9 postanawiam skorzystać z uroków pogody i wyjść z synem na spacer. Jest tak szczęśliwy, że robi się 9.50, 10, 10.10 – ja wołam Idziemy, a on grzebie w piasku w najlepsze i odpowiada: Nie! Jest już 10.15. Zaczynam się denerwować. Wychodzę z placu zabaw. Wołam do niego: Ja sobie idę, a ty jak chcesz. Oczywiście cały czas na niego patrzę i się nie oddalam. A on… ma mnie w nosie ;-). Bawi się dalej. Więc kapituluję i wracam z tym wielkim brzuchem na plac zabaw, siadam na ławeczce i patrzę na szczęście mojego syna.

A w głowie kawalkada myśli:
Zanim go zawiozę i wrócę, to która będzie już godzina, znowu nie zrobię tego i tamtego, a jeszcze muszę iść na zakupy…
Ale czy to są sprawy ważniejsze od czasu, który spędzam teraz z moim dzieckiem? Może moją rolą jest siedzieć z nim na tym placu zabaw tak długo, jak on ma na to ochotę?
Boże, jak już późno…
Bez przesady, przecież dziecko mnie potrzebuje, to bezcenne chwile!

I tak jest bez przerwy. Gdy jestem niemal cały dzień z Filipem, mam wyrzuty sumienia, że nie robię innych rzeczy. Gdy jednak przez niemal cały dzień robię inne rzeczy, to mamy wyrzuty sumienia, że nie jestem z Filipem. To jest nie do zniesienia. Zastanawiam się w takich chwilach, jak funkcjonują matki, które kilkumiesięczne niemowlaki oddają do żłobka. Albo które pracują po osiem godzin dziennie, a jeszcze muszą dojechać do pracy i z niej wrócić.

Dochodzę do smutnego wniosku, że nie nadaję się na matkę. Poważnie! Tak, wiem, że ogólnie sobie radzę, a nawet więcej, że uchyliłabym mojemu dziecku nieba i ono to czuje, a jednak niedobrze jest myśleć za dużo, bo wtedy można oszaleć.

Łapię się na tym, że wiecznie mam wyrzuty sumienia. Że robię za mało dla dziecka albo dla siebie. Że siedzę przy komputerze, a Filip u babci. Że siedzę z Filipem na dywanie, zamiast robić coś „poważnego”. Że włączam dziecku bajkę, zamiast się z nim bawić. Że wychodzę wieszać pranie, a moje dziecko jest w tym czasie samo. Mam tak od przeszło dwóch lat, z różnym natężeniem, w każdym razie nie umiem się tego pozbyć. Dobrze wiem, że wychowanie nie polega na byciu przyspawanym do potomka przez 24 godziny na dobę – i dobrze wiem również, jak ważny jest czas dla siebie, a jednak wiecznie wydaje mi się, że coś robię nie tak.

I jestem bardzo ciekawa, czy tylko ja tak mam? Czy też taki schemat myślenia jest po prostu wpisany w macierzyństwo? Bo może ma tak co druga (każda?) mama i nie jestem wyjątkiem? Cóż, tyle się mówi o ciąży, porodzie, połogu, karmieniu itp., a tak niewiele o emocjach, które towarzyszą kobietom, które zostają matkami.

Moje dziecko nie chodzi do żłobka, nie ma niani, ma nas, obie babcie i dziadków na każde kiwnięcie palcem, a jednak w głowie nieustannie mi buzuje. Co więc robić, gdy dochodzi się do mentalnej ściany i uważa samą siebie za najgorszą matkę na świecie?

1. Brać przykład z ojców

Oni nie mają takich myśli. Rafał ciągle się ze mnie śmieje, choć jego rozłąki z Filipem są jeszcze dłuższe. A jednak takimi pierdołami w ogóle nie zaprząta sobie głowy. Kiedy jest do dyspozycji dziecka, to jest na 100%. Kiedy ma inne sprawy na głowie, to zajmuje się nimi. Dla ojców to zupełnie naturalne.

2. Pomyśleć o sobie

Choć dobrze to wiem, muszę sobie o tym regularnie przypominać: nie można być dobrą matką, jeśli zaniedba się siebie. W samolocie zawsze instruują, żeby matka maskę tlenową najpierw założyła sobie, a dopiero potem dziecku. Oprócz matki jestem również kobietą. Pełnię wiele równorzędnych ról.

3. Pamiętać, że ma się szczęśliwe dziecko

Mój synek ma dni wypełnione po brzegi różnymi aktywnościami. Dziadkowie stają na głowie, żeby się nie nudził. Uwielbia chodzić do jednych i do drugich. Z nami też aktywnie spędza czas. Jest uśmiechnięty, ciekawy świata, ma mnóstwo do powiedzenia (oczywiście po swojemu). Chyba więc nie robię nic nie tak.

4. Pomyśleć o wielu polskich rodzinach…

…w których ojciec pracuje od świtu do nocy albo przebywa na emigracji, matka jest na etacie, a dziecko chodzi do żłobka/przedszkola/ma nianię itp.

5. Przypomnieć sobie swoje dzieciństwo

W ogóle nie mam takich wspomnień, że mamusi czy tatusia miałam za dużo albo za mało. Gdy byłam mała, mój tata pracował w Szwecji, a ja w ogóle tego nie pamiętam – choć pamiętam, że kiedy wracał, przywoził ze sobą wór zabawek, które rozsypywał na kuchennym stole ;-). A zawsze byliśmy i wciąż jesteśmy sobie bardzo bliscy. Poza tym umówmy się, dwulatek nie ma zbyt wielu wspomnień.

6. Nie mieć wyrzutów sumienia z powodu bajek

O ile maluch nie ogląda ich przez kilka godzin dziennie i siedzi w tym czasie jak zahipnotyzowany, to chyba wszystko jest pod kontrolą, czyż nie? Poza tym on naprawdę kocha świnkę Peppę i strażaka Sama. Te bajki go uszczęśliwiają. Ogląda je z radością.

7. Nie myśleć zbyt dużo

No, po prostu! Wyłączyć myślenie. Tylko gdyby się tak dało…

A może się da?

Ewa

Photo by Mike Wilson on Unsplash
1

  • Anastazja Chmiel

    Genialny tekst! Ja jeszcze matką nie jestem, ale czasami zaczynam o tym myśleć i już się tego trochę obawiam. Bo ogólnie to my kobiety jakoś za dużo o wszystkim myślimy i to nas doprowadza do szaleństwa. Ja nie wiem, jak faceci mogą się tak niczym nie przejmować, ja tak nie potrafię nawet jakbym bardzo chciała:)