Ból uszu, czyli wkurw na polską muzykę

Z polskimi piosenkami jest jak z politykami – im więcej ich słucham, tym bardziej czuję się zniesmaczony…

Chyba staję się estetycznym masochistą. Gdy tylko w radiu pojawia się nowa polska piosenka, podświadomie zaczynam wsłuchiwać się w słowa utworu, w głębi duszy oczekując kolejnej porcji grafomańskich i bezsensowych rymów, które znów skalają moje poczucie estetyki. Najgorsze jest to, że zazwyczaj ta perwersyjna potrzeba kiczu zostaje w pełni zaspokojona.

Jeszcze całkiem niedawno wkurzałem się, gdy rodzice czy dziadkowie przekonywali, że za ich młodych czasów piosenki były lepsze, bo miały mądrzejsze teksty, które o czymś opowiadały. „Pierdoły” – komentowałem te sugestie w myślach. Jednak dziś muszę chyba przyznać rację tamtemu pokoleniu. Czy bowiem da się w jakikolwiek sposób obronić słowa utworu jednej z największych obecnie gwiazd polskiej muzyki, ukrywającej się pod intrygującym pseudonimie Sarsa, która w swoim największym przeboju „Naucz mnie” śpiewa:

„Na ciele rozmażę z mych łez tatuaże,
dwa metry ma strach, nie wolno się bać.
A szyfry, pułapki w słowach zostawię.
Pokonać chcesz nas – nie zostanę”.

O co jej chodzi? Nie mam bladego pojęcia i chyba nie jestem osamotniony w tej intelektualnej bezradności. „Przesłuchałam dokładnie tę piosenkę kilka razy, wsłuchując się w tekst i albo jestem tępa, albo nie ma on żadnego sensu” – pisze internautka na jednym z forów. Pocieszające jest to, że większość uczestników tej dyskusji miało podobną opinię.

Sarsa jest chociaż szczera i przyznaje, że słowa piosenek pisze pod melodię. „Dlatego tekst nie może jej w żadnym stopniu blokować, gdyż wypływa ona prosto z mego serca. Polski jest jednak na tyle trudnym językiem, że potrafi łamać melodię. Dlatego trzeba go czasem trochę nagiąć, żeby słowa przekazywały treść, ale jednocześnie zgrabnie niosły melodię” – przyznaje w wywiadzie dla dziennika „Polska”.

Może zatem nie powinienem się dziwić, gdy wspomniana już Sarsa śpiewa „miłość jedna robi mi straty”, Igor Herbut z zespołu Lemon przekonuje, że „życie jest małą ściemniarą, wróblicą, wygą, cwaniarą; plącze nam nogi i mówi: idź, nie wierz, nie ufaj mi”, grupa Strachy Na Lachy radośnie woła: „dzień dobry, kocham cię; już posmarowałem tobą chleb”, natomiast Feel wyznaje: „w pustej szklance pomarańcze – to dobytek mój; już pod koniec dnia pustej szklanki dźwięk… to chyba sen…”.
Ostatnio moją grafomańską idolką stała się Natalia Nykiel, która w swoim wielkim przeboju zawodzi:

„Światła tworzą korytarze,
prowadzą znowu w poprzek zdarzeń.
W tym dymie ginie lęk – zbyt gęsty jest by biec.

Nie oderwę stóp od ziemi,
zostanę tak nim świt nas zmieni.
Nie możesz teraz wejść – zbyt wiele o mnie wiesz”.

Ukryty sens? Głębokie przemyślenia? Bełkot? Odpowiedź może sugerować tytuł tego utworu. „Error”.

Czasem myślę, że polskim artystom żyłoby się łatwiej, gdyby nie musieli na siłę dorabiać słownych historii do swoich kompozycji.

Wszak Kasia Nosowska już niemal ćwierć wieku temu ubolewała w kultowym utworze „Teksański”, że „obowiązek obowiązkiem jest, piosenka musi posiadać tekst”, bezskutecznie oczekując na pojawienie się chociażby muchy, którą mogłaby zabić, a później to opisać.

Na razie ten tekst brzmi trochę żartobliwie, ale tak naprawdę jestem przerażony kondycją współczesnej polskiej muzyki rozrywkowej. Od razu zastrzegam – moje refleksje dotyczą mainstreamu, czyli utworów eksploatowanych w dużych rozgłośniach radiowych. Zdaję sobie sprawę z istnienia ogromnej rzeszy ambitnych twórców niezależnych i alternatywnych, ale – przy całym szacunku – oni nie docierają do mas, a niestety to gwiazdy kształtują świadomość społeczną.

Jakby tego było mało, odbiór współczesnych piosenek rodzimych wykonawców wymaga często „słuchu absolutnego”, ponieważ wielu wokalistów nie przejmuje się tak nieistotnymi kwestiami, jak dobra dykcja. Kiedy jednak uda się przedrzeć przez niewyraźny bełkot, wtedy roztacza się przede mną zazwyczaj ocean grafomanii. Dominują fatalnie skonstruowane zdania, nie pasujące do kontekstu słowa i (pod)częstochowskie rymy.

Oczywiście ktoś mi może zaraz zarzucić, że po prostu nie rozumiem „co autor miał na myśli”. Dlatego byłbym bardzo wdzięczny za pomoc w rozszyfrowaniu głębi przekazu kilku popularnych polskich piosenek z ostatnich lat. Nieprzypadkowo ich twórcą jest Andrzej Piaseczny, który w polskim światku muzycznym uchodzi za wybitnego tekściarza. Nawet inni artyści chętnie korzystają z jego pisarskiego talentu, więc popularny Piasek zarzuca rynek swoją „poezją”. Sensu w niej niewiele, za to zabawa słowami kwitnie. Może się schować Jeremi Przybora, który kiedyś nieopatrznie stwierdził, że „piosenka jest dobra na wszystko”.

Oto próbki talentu Piaska (w zagadkowych miejscach dodałem znaki zapytania):

„W niebie nadzwyczajny ruch,
a my pod potęgą chmur.
W trawie obok siebie, gdzie
snuje nas bez końca dzień.”

„W otwarte okno wpuszczę promienie,
niech wreszcie nas do końca ogrzeją.
Wśród owoców otwórz oczy (?),
już się śmiejesz dostaniesz ode mnie”.

„Nawet, gdy czas nasze ślady zniósł
z ławki, co była jak schron.
W parku gdzie tor miasto tnie na pół (?),
siedzimy tam dalej wciąż”.

„Głęboko w środku gdzieś
i choćby śladu łez,
jej oczy nie poznały nigdy, nie.
Głęboko w środku tam,
otwiera ci swój świat,
otwiera wszystko to, co w sercu ma (?)”

Fascynująca lektura, nieprawdaż? Takimi cytatów mam w zanadrzu co niemiara, a „twórczość” Andrzeja Piasecznego nie jest przecież odosobnionym przypadkiem, o czym wspomniałem powyżej.

Najbardziej przykre jest to, że przez lata polska muzyka rozrywkowa miała szczęście do fantastycznych tekściarzy, wystarczy wspomnieć Mariana Hemara („Kiedy znów zakwitną białe bzy”, „Upić się warto”), Jeremiego Przyborę („Bo we mnie jest seks”, „Wesołe jest życie staruszka”, „W czasie deszczu dzieci się nudzą”), Jonasza Koftę („Radość o poranku”, „Śpiewać każdy może”, „Pamiętajcie o ogrodach”, „Autobusy zapłakane deszczem”), Wojciecha Młynarskiego („Róbmy swoje”, „W Polskę idziemy”) czy wreszcie Agnieszkę Osiecką, której teksty nieśmiertelnych przebojów „Małgośka”, „Niech żyje bal” czy „Nie żałuję” wciąż trafiają do serc kolejnych pokoleń.

Proste, ale jednocześnie mądre i bardzo sprawne językowo utwory były też zawsze domeną Jacka Cygana. Spod jego pióra wyszły m.in. teksty piosenek „Jaka róża taki cierń”, „Wypijmy za błędy”, „To nie ja byłam Ewą” albo „Łatwopalni”. „(…) Ubolewam nad tym, że gdy w radiu słyszę dziś trzy wokalistki, to żadnej potem nie pamiętam. Wszystkie brzmią tak samo, podobnie jak teksty, które śpiewają. To nieprawda, że liczy się tylko to, co się dobrze sprzedaje. Nie możemy dać się zwariować. Największym kapitałem polskiej piosenki jest publiczność przyzwyczajona do dobrych tekstów. Ja w nią wierzę” – przekonuje Jacek Cygan w jednym z wywiadów.

Mniejszą optymistką jest natomiast Ewa Bem. Znakomita piosenkarka twierdzi, że po prostu „oddryfowaliśmy” od umiejętności słuchania dobrych tekstów, a wartościowe utwory muszą stawać w szranki z „konfekcją tekściarską i mizerią napisaną przez kolegę z klasy”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Zalew fatalnych tekstów ma pewnie wiele przyczyn, często jest po prostu skutkiem pośpiechu, jaki towarzyszy wydaniu płyty. Słowa piosenek pisze się zazwyczaj w ostatniej chwili. Sens jest mało istotny, ważne by zgadzała się liczba dźwięków. Wojciech Młynarski twierdzi w jednym z wywiadów, że tekściarze kończą dziś pracę tam, gdzie on zaczyna – na rybce, czyli kilku słowach pasujących do melodii.

Swoją drogą ciekawe jaki rym do „rybka” stworzyłby Piasek? Aż strach pomyśleć…

Rafał

1

  • Osobiście unikam jak ognia polskiej muzyki. Polskiej, w miarę nowoczesnej muzyki. Dobra, nowoczesnej muzyki w ogóle. Chyba urodziłam się w złej epoce, kocham nad życie klimaty z lat pięćdziesiątych, uwielbiam rytmy z lat 60-70, największą moją miłością są jednak Pink Floyd, z głębokim przesłaniem, krytyką społeczeństwa i niesamowitą muzyką.
    Gdzie podziali się tacy artyści w obecnych czasach?
    Pozdrawiam!