Biegacz w krainie… smutnych twarzy

Ostrzegam, w tym tekście będę się trochę naigrywał z pacjentów czekających w kolejce do lekarza, styranych facetów wracających z nocnej zmiany i małolatów przytłoczonych trudami edukacji. Pojawi się też wątek polskich mord.

Jakiś czas temu pisałem, że uwielbiam biegać wczesnym rankiem (więcej tutaj). Nic w tej kwestii się nie zmieniło, choć ostatnio startuję zwykle trochę później niż jeszcze rok temu, gdyż decydujący o codziennym harmonogramie funkcjonowania rodziców Filip stał się większym śpiochem, w związku z czym wstaję około 6.30. Zazwyczaj jest wtedy jeszcze ciemno, a ciszę przecina tylko monotonny głos księdza, jak co dzień odprawiającego poranne nabożeństwo w podgłośnionym na maksa radiu sąsiadki z pierwszego piętra.

Po obowiązkowej rozgrzewce wybiegam z domu w radosnym oczekiwaniu na potężną dawkę pozytywnej energii, teoretycznie nierozerwalnie związanej z uprawianiem aktywności fizycznej. Jednak już po kilkudziesięciu metrach wpadam w pierwszą z licznych na trasie stref smutku. Przed przychodnią zdrowia zawsze kłębi się tłumek pacjentów, którzy na kilka godzin przed otwarciem placówki zajmują dobre miejsca przy wejściu, by zwiększyć szansę na wizytę u specjalisty i skrócić termin oczekiwania na nią z kilkunastu do kilku miesięcy.

Większość zgromadzonych patrzy na biegnącego faceta ze zdziwieniem, niektórzy nawet z lekką odrazą, tak jakby chcieli zakomunikować: nie myśl, że jesteś zdrowszy od nas, i tak skończysz w kolejce do lekarza.

Łączy ich jedno – przeraźliwie przygnębione twarze.

Ok, chorych można nawet zrozumieć, bo trudno oczekiwać od nich przesadnego entuzjazmu. Nie dość, że organizm odmawia posłuszeństwa, to trzeba się jeszcze zmagać z przygnębiającymi realiami służby zdrowia (w ogóle sformułowanie „służba zdrowia” to w Polsce żart rodem ze skeczy Monty Pythona). Dlatego przyśpieszam i biegnę dalej.

Szybko jednak znów atakują mnie smutne twarze. Na przystanku stoi kilka osób w różnym wieku. Wszyscy bez wyjątku sprawiają wrażenie, jakby oczekiwali na przyjazd autobusu, który zawiezie ich do pobliskiego lasu, gdzie będzie już czekał pluton egzekucyjny. Spuszczam zatem wzrok i zwiększam prędkość, dając solidny wycisk mięśniom.

Na kolejnych odcinkach jest już tylko… gorzej. Po drodze mijam facetów w nieokreślonym wieku, ubranych zazwyczaj według jednego stylistycznego klucza – adidasopodobne buty, dżinsopodobne spodnie i szarobure kurtki z nieodłącznym kapturem zaciągniętym na głowę, spod którego wydobywają się kłęby papierosowego dymu. Ponieważ panowie palą najtańsze fajki (nabywane na targu czy pod dworcem, ze śladowymi ilościami tytoniu, za to wypełnione trocinami i innymi poprzemysłowymi odpadami), czuję ich jeszcze długo po utracie kontaktu wzrokowego.

Nazywam tych mężczyzn „ludźmi nocnej zmiany”, bo podejrzewam, że większość z nich wraca do domów po wielu monotonnych godzinach spędzonych w stróżówce albo przy rozładunku towaru. Oczywiście na ich twarzach też na próżno doszukiwać się śladów uśmiechu. Co najwyżej zostaję obdarzony pogardliwym spojrzeniem, a niekiedy nawet złośliwym komentarzem, na który zwykle nie odpowiadam, by niepotrzebną dyskusją nie wybijać się z rytmu biegowego.

Na swojej drodze spotykam też wielu innych nosicieli smutku. Liczne grono stanowią właściciele psów, którzy muszą zrywać się wcześnie z łóżek, by ich pupile mogli pofolgować potrzebom fizjologicznym. Podobno spacery z czworonogiem fantastycznie odprężają i odstresowują, ale nie dostrzegam tego na facjatach mijanych kobiet czy mężczyzn, zazwyczaj sprawiających wrażenie, że najchętniej zawieźliby zwierzaka do schroniska i dla pewności zamknęli na dwie kłódki.

Niewiele przyjemniejsze miny mają też dzieciaki wędrujące do szkoły. Może idealizuję młodość, ale w moich wspomnieniach droga do i z budy była niekończącym się pasmem żartów, chichów i śmichów, bo generalnie wtedy bawiło nas wszystko. Małolaty, które mijam biegnąc w pobliżu osiedlowej szkoły, albo garbią się nad smartfonem, albo maszerują z oczami wbitymi w ziemię i miną sugerującą, że niebawem spotkają grupkę dżihadystów z Państwa Islamskiego.

Co gorsza, smutni bywają nawet inni biegacze.

Na początku mojej przygody z tym sportem czyniłem mocne postanowienie, że będę się uśmiechał i machał do każdego napotkanego miłośnika aktywności fizycznej. Wytrwałem w nim całkiem długo, ale w końcu się zniechęciłem, gdy pozdrowiłem truchtającą z naprzeciwka dziewczynę, a ona obrzuciła mnie takim spojrzeniem, jakbym obnażył się przed nią w parkowej alejce.

Trzeba przyznać uczciwie – jesteśmy krajem smutasów. Nic dziwnego, że autorzy słynnego australijskiego przewodnika „Lonely Planet” ostrzegają turystów przybywających do Polski przed ponurymi tubylcami. Ich zdaniem nie uśmiechamy się na ulicy, bo jest to odbierane jako… przejaw głupoty. Coś w tym jest, niejednokrotnie spotkałem się z opiniami, że osoba szczerząca się do obcego musi być przygłupem.

Nieco inną teorię ma prof. Piotr Szarota z Instytutu Psychologii PAN, autor głośnych książek „Psychologia uśmiechu” czy „Uśmiech – instrukcja obsługi”. „Polacy nie uśmiechają się z reguły do obcych, chyba że są to małe dzieci. Dorosły, którego nie znamy, to potencjalne zagrożenie. Nie ufamy obcym i prawdę mówiąc, nie lubimy ich, dlaczego więc mielibyśmy szczerzyć do nich zęby?” – mówi naukowiec w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Z badania przeprowadzonego przez dr. Jakuba Krysia z PAN wynika natomiast, że w Polsce uśmiech wcale nie wskazuje na to, że ktoś jest otwarty i serdeczny, ale stanowi raczej domniemanie nieuczciwości oraz niecnych zamiarów. Tym różnimy się między innymi od Amerykanów, gdzie obca osoba to potencjalny przyjaciel, a nie wróg. Za oceanem panuje wręcz presja pozytywnego myślenia, bo tylko dzięki roześmianej twarzy można osiągnąć sukces. Już niemal 100 lat temu Dale Carnegie, autor słynnego dzieła „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” podkreślał, że uśmiech to strategia, która nic nie kosztuje, a za to przynosi ogromne korzyści, w każdej dziedzinie życia.

A może warto wziąć sobie do serca słowa Janka „Serfera” (w tej roli genialny Bogusław Linda), bohatera filmu „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Obejrzyjcie i posłuchajcie:

 

Wiele urażonych osób uzna pewnie w tym momencie, że woli polskie, „szczere” podejście do życia niż amerykańską buźkę z przyklejonym uśmiechem. W takim razie zacznijmy się śmiać dla zdrowia. Uzewnętrznianie pozytywnej energii uwalnia bowiem od napięć i stresów, przynosi ulgę w bólu, korzystnie wpływa na dotlenienie organizmu i jest skuteczną gimnastyką mięśni twarzy. Gdy często się śmiejemy, uwalniamy endorfiny – hormony szczęścia, a w konsekwencji pobudzamy pracę mózgu.

Zatem… uśmiech proszę!

Rafał

Fot. Steve Halama (Unsplash)

5

  • Tak bardzo tak. Nie wiem, czy istnieje w ogóle szansa na to, żeby nasza mentalność się zmieniła, ale mam nadzieję, że wraz z upływem czasu zacznie się to zmieniać w kierunku większej otwartości. Póki co, jedyne co możemy zrobić to szczerzyć się do innych, bez względu na ich reakcję 😉

  • Patrycja Sobolewska

    Oj bym chciała żeby to z uśmiechem było aż tak proste jak to się pisze 🙂 Pozdrawiam !

    • Rafał Natorski

      Proste nie jest, ale chyba jednak warto próbować. Dla siebie i świata wokół 🙂