MayweatherBanknoty w ogniu, czyli o nieprzyzwoitych zarobkach sportowców

Drogi małolacie! Chcesz zarabiać 135 tysięcy euro dziennie? A może inkasować 8 milionów dolarów na minutę? Daj sobie spokój ze szkołą i zasuwaj na boisko kopać piłkę czy do klubu bokserskiego poobijać rywali po gębie.

Fotka przedstawia gromadę uradowanych imprezowiczów, w przeważającej większości ciemnoskórych. Jeden z nich, dźwigający na szyi gruby łańcuch, którego wartość przekracza prawdopodobnie wyobrażenie przeciętnego zjadacza pszennego chleba, podpala właśnie zapalniczką studolarowy banknot, ku uciesze pozostałych uczestników zabawy. Media doniosą później, że z ogniem poszło tego wieczora znacznie więcej „franklinów” (dla niezorientowanych – na awersie studolarówki widnieje wizerunek Benjamina Franklina, jednego z ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych).

Na innym zdjęciu ten sam gość siedzi przed solidnych rozmiarów stołem, na którym zamiast obrusu walają się sterty banknotów. „Jestem błogosławiony, że budzę się każdego ranka i widzę, jak rosną moje pieniądze na kontach” – brzmi instagramowy podpis. Kolejna fotografia uwiecznia czek na… 100 milionów dolarów. „Wy wszyscy musicie pracować, a ja jestem już szczęśliwy na emeryturze. Koniec końców liczą się dla mnie Benjaminy Frankliny i to ja się śmieję” – podsumowuje nasz bohater, którym jest oczywiście Floyd Mayweather Jr, bez wątpienia wybitny bokser, ale przede wszystkim genialny marketingowiec, co przekłada się na niebotyczną fortunę.

Sportowiec, nazywany często „Mr. Money”, uwielbia obnosić się ze swoim bogactwem.

W serwisach społecznościowych chwali się kabiną prysznicową wyłożoną skórą aligatora, kolekcją zegarków wartą więcej niż niejedna luksusowa posiadłość, prywatnym odrzutowcem za 30 milionów dolarów czy kolejnymi produkowanymi na specjalne zamówienie samochodami – za każdy z nich można by wybudować w Polsce średniej wielkości halę sportową.

„Jestem dumny z bycia królem” – przyznaje z uderzającą skromnością Mayweather, który wychowywał się w dość patologicznej rodzinie. Jego ojciec również był bokserem, i to całkiem niezłym – walczył nawet z legendarnym Sugarem Rayem Leonardem, ale głównie koncentrował się na handlu narkotykami. Trudno go nazwać wzorcowym tatą, skoro pewnego razu zasłonił się 2-letnim wówczas Floydem, gdy wściekły kontrahent postanowił go zastrzelić.

Jednak najgorsze lata życia Mayweather Jr spędził w domu matki, uzależnionej od narkotyków. Mieszkał w slumsach, w ruderze bez ciepłej wody. Szybko porzucił szkołę i edukacyjne ambicje, bo już w wieku 7 lat rozpoczął bokserskie treningi. I, dzięki obijaniu innych, nie tylko wyszedł z biedy, ale osiągnął finansowy sukces, o jakim nie śniło się innym sportowcom. Ponoć zarobił dotychczas blisko 800 milionów dolarów, a niebawem ta kwota przekroczy pewnie miliard, gdy jego konto zasilą wpływy z kolejnej (podobno już ostatniej) „walki stulecia”, którą tym razem stoczył z irlandzkim showmanem i mistrzem MMA Conorem McGregorem. Ponoć Mayweather Jr ma zarobić na niej 260-280 milionów dolarów.

Takich pieniędzy nie jest w stanie zainkasować jednorazowo żaden inny współczesny sportowiec.

Dlatego Floyd z uśmiechem przyjmuje doniesienia, że ponoć nie umie nawet pisać i czytać. „O moich biznesowych dokonaniach będą niedługo opowiadać na Harvardzie” – przekonuje w jednym z wywiadów i pewnie ma rację.

Pieniądze i sport są obecnie nierozerwalną parą, ale ten mariaż wydaje coraz bardziej toksyczne owoce, niemieszczące się w granicach rozumu. Najlepszym przykładem z ostatnich tygodni jest realizacja fanaberii katarskich szejków, którzy zapragnęli ujrzeć w koszulce Paris Saint-Germain (od sześciu lat właścicielem klubu jest fundusz Qatar Sports Investments) brazylijskiego gwiazdora Neymara.

To bez wątpienia utalentowany chłopak, który już w wieku 11 lat zaczął trenować w akademii legendarnego Santosu, w wolnych chwilach wpadając do szkoły, choć z czasem czynił to coraz rzadziej. Szczególnie, że szybko trafił do pierwszej jedenastki, a w 2013 roku podpisał kontrakt z Barceloną. Kataloński klub był jeszcze całkiem niedawno obiektem westchnień każdego piłkarza, jednak tego lata okazało się, że szejkowie mają silniejszy dar przekonywania, poparty budżetem, w którym nikt nie jest w stanie dopatrzeć się dna.

Efekt? Neymar biega dziś w koszulce PSG, bo okazało się, że suma odstępnego, którą władze Barcelony prawdopodobnie wpisały kiedyś „na odwal”, czyli 222 mln euro, nie stanowiła większego problemu dla Katarczyków. W ten sposób ponad dwukrotnie został pobity transferowy rekord sprzed roku – i pomyśleć, że gdy Manchester United zapłacił za Paula Pogbę 105 mln euro wszyscy pukali się w czoło.

Jakże śmieszne wydają się w tym kontekście kontrowersje z całkiem przecież nieodległego, 1999 roku, gdy Christian Vieri przechodził z rzymskiego Lazio do mediolańskiego Interu za 45 milionów euro.

Ta suma wywoływała wówczas powszechne oburzenie, a głos w sprawie zabrał nawet Jan Paweł II, który nazwał ten transfer „obrazą dla ubogich”.

Dziś jest to… roczna pensja Neymara.

Kwoty, które płaci się w świecie sportu, przyprawiają o zawrót głowy. A jeszcze 100 lat temu Jim Thorpe, wybitny amerykański wieloboista o indiańskich korzeniach i jeden z bohaterów igrzysk w 1912 r. (zdeklasował wówczas rywali i wygrał rywalizację w 5-cio i 10-cioboju) został pozbawiony medali, gdy odkryto, że kilka lat wcześniej złamał zasady amatorstwa, inkasując pensję za grę w lidze baseballowej – kwota była oszałamiająca, około… 60 dolarów miesięcznie.

Dla jasności chciałbym zaznaczyć, że kocham sport. Potrafię wstać w środku nocy, by popatrzeć, jak dwóch facetów okłada się pięściami (choć akurat skrajnie defensywny Mayweather Jr nigdy nie był moim idolem) albo jak dwudziestu dwóch gości biega za piłką, gdy mistrzostwa świata pechowo odbywają się w innej strefie czasowej. Gdy rano odpalam przeglądarkę internetową, zazwyczaj klikam w pierwszej kolejności na serwisy z wiadomościami sportowymi. Jestem kibicem totalnym, dlatego z równą zachłannością pochłaniam informacje o futbolowej Lidze Mistrzów, co wieści dotyczące zawodów snookerowych lub golfowych.

Od czasu, gdy zacząłem biegać i staram się czynić to w miarę regularnie, potrafię też zrozumieć i docenić codzienne wyrzeczenia, trudy i znoje, które są udziałem atletów marzących o sukcesie. Nawet jeśli moje treningi są dla zawodowców zaledwie rozgrzewką.

A jednak cholernie bulwersuje mnie fakt, że Mayweather Jr zainkasował ponad 8 milionów dolarów za minutę ostatniej walki, a na konto Neymara wpływa każdego dnia 135 tysięcy euro.

Teoretycznie nic mi do tego, bo przecież nie dostają pieniędzy z publicznej kasy. By ich sowicie wynagrodzić, nie trzeba uszczuplać funduszy dla emerytów czy samotnych matek. Amerykanin jest bowiem mistrzem nie tylko w boksie, ale także, a może przede wszystkim, w kreowaniu siebie i swoich walk, przynoszących tak oszałamiające zyski, że nie może nadążyć z paleniem banknotów, a dla jego luksusowych bryk niedługo zabraknie miejsca w Las Vegas. Neymar stał się natomiast zabawką katarskich szejków, którzy z szastania gotówką chcieliby pewnie uczynić dyscyplinę sportową, i byliby w niej bezkonkurencyjni.

Zabrzmi to mocno populistycznie, ale uważam, że wspomniane już słowa polskiego papieża dopiero dziś nabierają przerażającej aktualności. Te kwoty to naprawdę „obraza dla ubogich”. I nie tylko dla nich, bo podpiąłbym jeszcze pod tę formułkę wykształciuchów (to określenie oczywiście niesie ze sobą pewien kontekst polityczny, ale ja mam do niego niezrozumiałą słabość).

Jaki bowiem przekaz w kierunku młodych ludzi płynie z biografii Mayweathera czy Neymara?

Odpuść sobie edukację, zajmij się kopaniem piłki albo waleniem pięściami w worek czy kumpla, a dorobisz się majątku, o jakim klasowy kujon może tylko pomarzyć, i niewiele pomoże mu nawet „zaliczona matura na pięć”, studia, doktoraty czy inne tego typu pierdoły.

Intelektualista może co najwyżej powtórzyć za Adasiem Miauczyńskim pamiętny monolog z „Dnia świra”: „Osiem lat podstawówki i cztery liceum. Potem pięć, bite, studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki, i oto mi płacą, jak by ktoś dał mi w mordę. Ja pierdolę, kurwa! O, bracia poloniści, siostry polonistki, sto trzydzieścioro było nas na pierwszym roku. Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy, że oto nas przyjęto do szkoły poetów. Szkoła poetów, Dżizus, kurwa, ja pierdolę! Przez pięć lat stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem bida, bida i rozczarowanie!”.

Kto ci bronił trenować boks czy futbol, zamiast łazić po bibliotekach? – zapytacie.

Też się nad tym zastanawiam. Najchętniej obwiniłbym rodziców, którzy kazali codziennie maszerować z tornistrem do szkoły i co gorsza domagali się efektów płynących z pobytu w tym przybytku. Jednak bardziej prawdziwym powodem był pewnie po prostu brak talentu, pracowitości i determinacji. Poza tym lubiłem czytać książki w równym stopniu, co grać w piłkę, a z czasem ta pierwsza pasja zaczęła dominować.

Do czego to doprowadziło? Piszę sobie zgryźliwy tekst o Neymarze, a Brazylijczyk w tym czasie (nawet zakładając, że spoczywa w objęciach Morfeusza, bo ponoć jest niezłym śpiochem) zarobił jakieś 10 tysięcy euro. I gdzie tu sprawiedliwość? W sumie nikt nie obiecywał, że będzie sprawiedliwie…

Rafał

Fot. Pixabay

 

 

4

  • Zawsze gdy czytam takie artykuły mówię sobie „Katarzyno, nie wtryniaj się w cudzy hajs. Oni zarobili i oni wydają na co chcą, nic ci do tego.” A potem, mimo że bronię się z całych sił, pcha mi się do głowy obraz matki, której dziecko może uratować tylko kosztowna operacja, na którą jej nie stać. A ten tu pali pieniądze. Tak, wiem. Życie nie jest sprawiedliwe, turururu. Ale jakoś tak jednak smutno.