8 powodów, by zrezygnować z wielkiego wesela

Podobno każda kobieta marzy o hucznym weselu. Ty też? To przestań. Wytłumaczę ci dlaczego warto.

Myślę… Tak. Wszystkie. Wszystkie moje bliskie koleżanki miały wesela z prawdziwego zdarzenia. Orkiestra, fotograf, kamerzysta, wiejski stół, szeroki wybór alkoholi i ciast, ogromny tort, supersamochód, zabawa do białego rana. Byłam na tych weselach, raz bawiłam się lepiej, raz gorzej. Nie oceniam, każdy robi to, co uważa za słuszne.

My za słuszne uznaliśmy zrezygnować z hucznego wesela. Przypomina mi się pewna sytuacja, która miała miejsce jeszcze na etapie koleżeństwa z moim obecnym mężem. Wybraliśmy się na rowery. Rozmowa zeszła na śluby.

Ja: – Mnie nie kręcą huczne wesela na sto osób, szkoda by mi było kasy, wolałabym mniejsze, skromne przyjęcie.
Rafał: – Każda tak mówi, a gdy przychodzi co do czego, to i tak kończy się wielkim weselichem.

E tam. U nas wcale się nie skończyło. Oboje doszliśmy do wniosku, że wielkie weselicho to nie dla nas. Z pewnością istotny był tutaj aspekt finansowy, bo za wszystko płaciliśmy sami. Jednak do dziś, nawet przez chwilę – a pobieraliśmy się we wrześniu 2011 roku – nie żałowałam, że zrezygnowaliśmy z klimatu jak w „Weselu” Wojtka Smarzowskiego.

Każdy robi, co chce. Jeśli planujesz zabawę na kilkaset osób w pałacyku, to w porządku. Twój wybór, twoje prawo i życzę ci wszystkiego dobrego! Jeśli jednak wahasz się, przekonam cię, że wielkie wesele wcale nie jest ci/wam potrzebne do szczęścia.

Kasa, misiu, kasa

Generalnie nie ma w tym żadnej tajemnicy. Duże wesele = duży wydatek. Skromne przyjęcie = skromny wydatek. Jeśli za wszystko płacicie sami, czy naprawdę nie szkoda wam pieniędzy? No chyba że jesteście Anią i Robertem Lewandowskimi, dla których wydać 200 tys. na wesele to jak splunąć. Ale zakładam, że jednak nie jesteście (Lewandowscy już po ślubie ;-). Dla większości śmiertelników 30, 40, 50, 100 tys. (!) za jedną noc to naprawdę dużo. Nierzadko trzeba się wręcz zadłużyć. ZADŁUŻYĆ! Brać kredyt, żeby wujek Zdzisiek najadł się, napił, spał następnego dnia do piętnastej i obudził się z kacem stulecia oraz z jedzeniem podchodzącym do gardła? No ludzie.

Tylko pomyśl, co można by zrobić za takie pieniądze! To jest naprawdę konkretna kasa, która może być w konkretny sposób wydana – i moim zdaniem znacznie ciekawszy niż na wesele. Nawet jeśli płacą rodzice, możecie wydać połowę tej kwoty na mniejsze przyjęcie, a resztę odłożyć. Albo wydać na mieszkanie (przynajmniej częściowo), samochód, zagraniczną podróż (będziecie ją wspominać do końca życia).

Nie potrzebujesz tych wszystkich pierdół

Te wiejskie stoły, jakby żarcia miało zabraknąć. Danie za daniem. U jednej ze znajomych co dwie godziny na stół wjeżdżał posiłek. Kluski śląskie z mięsem, lody, znowu mięcho, znowu deser. W połowie zabawy byłam, łagodnie mówiąc, przepełniona. Nie wspominając o tym, co miałam w zasięgu wzroku. Najbardziej w pamięci utkwił mi wielki dzban po brzegi wypełniony czekoladowymi cukierkami.

Zresztą nie chodzi tylko o jedzenie. Przemysł ślubny to świetny biznes, więc nie dziwię się, że tyle osób uwierzyło, bez czego prawdziwe wesele nie może się obejść. To ściema. My wynajęliśmy przyjemny lokal rzut beretem od kościoła. Po mszy, już jako państwo Natorscy, razem z naszymi gośćmi do restauracji dotarliśmy… piechotą. Pogoda była wspaniała (choć do południa padało). W ręku miałam pęk róż kupiony w niedużej kwiaciarni, a nie wymyślny, kiczowaty bukiet za milion złotych. Czas umilał nam DJ, a cała zabawa trwała do 2.

Nie mieliśmy: limuzyny, wiejskiego stołu, kamerzysty (tylko fotografa), orkiestry, nabitego kaszą prosiaka, sztucznych ogni, fotobudki (w 2011 nie było takiego trendu), iluzjonisty, tysiąca dań i dwóch tysięcy przystawek.
Mieliśmy: wspaniałą zabawę i zadowolonych gości.

Na odchodne przyjaciółka powiedziała mi:
– Ewa, jak dobrze, że to wszystko trwało tylko do 2, bo siedzenie do rana jest strasznie męczące, a wasze przyjęcie skończyło się w idealnym momencie.

Pamiętasz, Marta?

Pomyślisz: No tak, ale przecież zawsze można wyjść wcześniej. Może i można. Nie, jednak chyba nie zawsze można.

Drogie wesele szczęścia nie daje

Obserwuję pewną prawidłowość – i wiem, że jest grupa osób, która się ze mną zgodzi: im huczniejsze, bardziej wystawne wesele, tym… gorszy związek i rychłe rozstanie. Zresztą coś w tym musi być, skoro potwierdzają to badania! Sprawdzili to uczeni z Uniwersytetu Emory (Stany Zjednoczone). Co ważne – badaniem objęli 3 tys. par, czyli sporo. Porównali wysokość wydatków ślubnych z trwałością małżeństwa. I wiecie, co się okazało? Moje obserwacje się potwierdziły. Badanie wykazało, że pary, które na ślub i wesele wydały więcej niż 22 tys. dolarów (ponad 80 tys. zł), aż trzyipółkrotnie częściej rozwodziły się w niedługim czasie po zawarciu małżeństwa od par, które na wesele nie wydały kroci.

Ciekawe! Ale przede wszystkim bardzo smutne. I niewątpliwie dające do myślenia. Naukowcy próbują tłumaczyć to tak: stres związany z przygotowaniami do hucznego wesela i ogromne koszty mocno odbijają się na związku. Młodzi zajęci organizacją ślubu mają dla siebie niewiele czasu. Zapominają o tym, co w tym czasie jest najważniejsze, czyli o relacji. Uczeni twierdzą, że to właśnie skromne wesele może okazać się dla związku znacznie korzystniejsze. Coś ci powiem: mają rację ;-).

Sprawisz, że wasze wesele zostanie zapamiętane

Do dziś słyszę moją mamę, jak mówi:
– Ależ to był piękny dzień, rozpogodziło się, szliśmy parkiem, ty w sukni ślubnej i Rafał w garniturze.

Jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni, bo moi rodzice – również pobierali się we wrześniu – też do kościoła szli piechotą. My i do, i z kościoła. Moi rodzice, ponad trzydzieści lat po ślubie, wciąż wspominają swój spacer. Właśnie takie nietypowe momenty tworzą wspomnienia. Huczne weselicha mają to do siebie, że wszystkie są do złudzenia podobne. I pozbawione duszy. Tak samo jak wielkie hotele, od których wolę przytulne pensjonaty.

Zaplanowane z myślą o ukochanej osobie i o bliskich przyjęcie, zorganizowane z rozwagą i zaangażowaniem, na pewno na długo utkwi waszym gościom w pamięci. I jest spora szansa, że nie wszyscy będą kojarzyć je z upitym stryjkiem.

Odejdzie wam ogromny stres

Nie ma wątpliwości, że załatwianie miliona spraw, których w przypadku hucznego wesela nie brakuje, równa się stres i zmęczenie. Nie czarujmy się: im więcej rzeczy trzeba dopilnować, dopatrzeć, dopieścić, tym więcej bieganiny. A na to wszystko trzeba czasu. Już wiemy, co odkryli amerykańscy uczeni: że załatwianie tryliona spraw przed ślubem źle odbija się na związku.

Przypomina mi się najnowsza powieść JK Rowling (napisana jako Robert Galbraith) – „Żniwa zła”. To kryminał, jednak wątek obyczajowy jest w tym przypadku bardzo ważny. Główna bohaterka, Robin, szykuje się do ślubu. I to jakiego! Czeka ją niemalże royal wedding. Nieustannie odbiera telefony od matki, która zarządza przygotowaniami. Kwiaty takie czy takie? Odebrałaś już sukienkę? Jak mają ubrać się druhny? I tak dalej. Robin jest zmęczona, wychudzona (bo przecież na własnym ślubie musi wyglądać perfekcyjnie), zbliżający ślub wcale jej nie cieszy.

Myślę, że dla wielu kobiet brzmi to znajomo. A przecież co jak co, ale wizja nadchodzącego ślubu (dodajmy, że własnego) powinna cieszyć, dodawać skrzydeł. Stres, jasne, wiadomo, że będzie. Ale dobrze, żeby był to stres motywujący, mobilizujący. Taka pozytywna, związana z nadejściem czegoś ważnego adrenalina. A nie nerwy i kłótnie, bo czcionka na zaproszeniach miała być Arialem, a nie Verdaną.

Może jestem staroświecka, może sentymentalna, ale lubię wszystko robić po swojemu. Gdy planowaliśmy ślub, w ogóle mnie nie interesowało, co jest modne, co powinno się zrobić. Co wydało mi się zbędne i niepotrzebne, pominęłam. Wszystko robiłam po swojemu!

Kupiłam sukienkę z poprzedniego sezonu – piękną, idealnie do mnie dopasowaną. W ogóle mnie nie obchodziło, że była z wcześniejszej kolekcji. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Nie jestem Kim Kardashian, żeby zwracać uwagę na takie rzeczy.

Obrączki to pamiątka rodzinna – tylko je zwęziliśmy, wygrawerowaliśmy, co trzeba. I już. To po prostu klasyczne, złote krążki, bez żadnych zbędnych ozdób.

Zamiast weselnego chleba za 25 zł mama kupiła piękny, świeży, okrągły bochen za 3.

Po co przepłacać?! Po co cudować?

Rozwiązania są dwa.
Pierwsze: zapłacić dużo pieniędzy konsultantce ślubnej, która zorganizuje wszystko za was.
Drugie: zdecydować się na skromne przyjęcie.

Wesele robicie dla siebie

Mam wrażenie, że wiele osób o tym zapomina. Często słyszy się, że wypada zaprosić ciocię Jadzię (kuzynkę kuzynki babci kuzynki) i wujka Staszka (męża kuzynki kuzynki babci kuzynki). Przygotować żarcia jak dla pułku wojska. Pod kościół przyjechać wypasioną gablotą. Sukienkę mieć za kilka patyków. Zastawić się, a postawić. Ludzie! I po co to wszystko? Dla kogo? Czy naprawdę jest wam to potrzebne do szczęścia?

Kapitalnie podsumowała to Dorota Wellman w tym tekście. Pisze w nim: „Zostałam zaproszona na wesele. (…) Na przyjęcie zaproszono trzystu gości. (…) Sala, w której odbywało się wesele, była tak wielka, że po to, by przejść na drugą stronę, trzeba było zdejmować buty na obcasach. (…) Goście trzymali się w podgrupach, a panna młoda nie przypuszczała, że ma tak liczną rodzinę, i ciągle pytała mamę, kto to jest. Od samych pocałunków nieznanych wujków straciła połowę makijażu. Stoły uginały się od jedzenia, które w większości wylądowało w koszach na śmieci. Torty pod wpływem temperatury nagle traciły wysokość i fason. Humor straciła panna młoda. To rodzice państwa młodych zdecydowali, że będzie taki ślub, żeby wszyscy zapamiętali, bo przecież ślub jest raz w życiu (nieprawda!). Wystawny, bogaty, robiący wrażenie”.

Dalej Dorota Wellman pisze, że panna młoda chciała skromnego, niezapomnianego ślubu w plenerze. „Ludzie, wesela nie robi się dla gości, na pokaz. Nie dajcie się i zróbcie taką uroczystość, którą Wy będziecie wspominać z przyjemnością i wzruszeniem. A teściowa – napisała na koniec – niech sobie zaprosi 300 gości na imieniny”.

Pani Doroto, wspaniale to pani ujęła. Zatem powtórzmy: wesela nie robi się dla gości, tylko dla siebie. Zawsze i wyłącznie dla siebie!

Świętujecie z tymi, na których naprawdę wam zależy

Nie rozumiem ludzi, którzy – tak jak w historii opisanej przez Dorotę Wellman – zapraszają po 200-300 osób na własne wesele. OK, niektórzy mają dużą rodzinę. Ale czy aż taką? U nas było 70 osób. Może i sporo. Ale było to 70 najbliższych, najważniejszych w naszym życiu osób. Rodzina, z którą jesteśmy zżyci. Przyjaciele, na których możemy liczyć (a przynajmniej w tamtym czasie mogliśmy). Każdego znałam, z każdym zamieniłam słowo. A i rodzina moja i Rafała mogła się poznać. Było naprawdę przemiło.

Nie wyobrażam sobie podczas ślubu czy wesela przebywać obok osoby, w towarzystwie której czułabym się niekomfortowo. A już świętować najważniejszy dzień w życiu wśród obcych twarzy w ogóle nie mieści mi się w głowie.

Lubię kameralne przyjęcia za ich unikatowość, przyjazną atmosferę. Potraktujcie wasze wesele jako dobry moment na odświeżenie zaniedbanych kontaktów z krewnymi. Przy trzystu osobach z tym odświeżaniem może być ciężko.

„Bo wszyscy mają wesele…”

Nie, nie wszyscy. My nie mieliśmy, a prawdopodobnie jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na planecie Ziemia.

Myśl o sobie, a nie o wszystkich. W końcu to wy się pobieracie, prawda?

Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia!

Ewa

fot. Unsplash

1

  • Twoje argumenty są jak najbardziej sensowne i można je przemyśleć, natomiast wydaje mi się, że to serio jest dość indywidualna kwestia. Wiadomo że większe wesele niesie ze sobą pewne minusy, ale jesli dla kogoś taki stres, zmęczenie czy inne czynniki są warte weselicha, bo mu się zwyczajnie marzy i chce je mieć, to dlaczego nie? Jeden prawdopodobnie z najważniejszych i najpiększych dni w życiu zarówno dla wielbicieli wielkich jak i małych wesel – niech więc każdy spędzi ja na swój sposób.

    Chyba że ktoś robi wielkie wesele na pokaz, no to wtedy inna sprawa! 🙂

    • conatonatorscy.pl

      „Chyba że ktoś robi wielkie wesele na pokaz, no to wtedy inna sprawa!” – no właśnie. Tylko po co komu wesele na pokaz? Gdyby to chociaż gwarantowało szczęście… A tu guzik 😉

  • Kamila Poziomska

    A ja jestem z tych, co marzą o dużym weselu. Mam 6 rodzeństwa, 3 kochane ciocie, oboje dziadków, narzeczony też rodzinny. Nie wyobrażam sobie ich nie zaprosić jak towarzyszyli mi na chrzcie, 18 urodzinach, opijaniu magisterki itp, bez nich nie miałabym wspomnień! Będzie u mnie 120 osób, mamy w ośrodku Casilla piękną salę z kryształowym żyrandolem, wszystko w otoczeniu lasu. Z przyjaciółkami obmyślamy dekoracje, przysięgę, sukienki… no za nic bym tych chwil nie oddała, nawet za samochód, który mogłabym za te kasę kupić 😉