6 powodów, by stracić głowę dla Jakuba Żulczyka

Lubię go, bo wydaje się autentyczny w tym, co robi, a autentyzm to w dzisiejszych czasach cecha deficytowa. Jeśli go nie kojarzycie, przedstawiam najmocniejsze strony pisarza Jakuba Żulczyka.

Jakub Żulczyk (1983) – urodzony w Szczytnie, zamieszkały w Warszawie popularny polski pisarz, dziennikarz, felietonista, scenarzysta. Debiutował w 2006 roku książką „Zrób mi jakąś krzywdę”. Autor sześciu powieści. Nazywany kultowym pisarzem literatury młodzieżowej.

Powodów, by stracić dla niego głowę, jest mnóstwo – poznajcie sześć najważniejszych.

Powód pierwszy: „Ślepnąc od świateł”

Oto książka, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie – a ostatnio zdarza mi się to coraz rzadziej. Jest co poczytać, bo „Ślepnąc od świateł” ma ponad pięćset stron. Ale są to strony pełne świetnie skonstruowanych zdań, doskonałej narracji, mocnych słów, znakomitych porównań i metafor. Główny bohater powieści, który do Warszawy przyjechał z Olsztyna, dorabia się jako handlarz kokainy. Żulczyk pisze tak: „Kokaina jest prawdziwa. Jest czysta, biała, twarda, w dużych, stugramowych kościach przypomina wypolerowane do białości kamienie. Pięści. Jest prawdziwsza od złota i diamentów – kiedy ostatnio widziałeś sztabkę złota? Kokainę miałeś w nosie w ostatni weekend”.

W jednym z wywisosadów Jakub wyznał, że książkę mocno osadzoną w warszawskich realiach od dawna miał w głowie. Ale żeby to mogło się udać, potrzebował bohatera, który będzie przewodnikiem czytelnika. Trochę mi to przypomina „Boską komedię” Dantego, a zwłaszcza wędrówkę po piekle. Zresztą sam napis nad bramą: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie” bardzo mi pasuje do świata opisywanego przez Jakuba Żulczyka. U niego też nie ma żadnej spektakularnej przemiany, happy endu (choć zakończenie jest znakomite). „Ślepnąc od świateł” to ponad pięćset stron smutku. I choć nie lubię literatury, która dołuje czytelnika, jest w tej powieści coś, co nie pozwala o niej zapomnieć. Sam Jakub mówi, że to książka o upadku złudzeń.

Jak w tym fragmencie:

„Nasze miejsce jest tutaj, w nocy, bez nikogo”.

Aż szkoda, że nie dostał za ten tytuł „Paszportu Polityki” (był nominowany). Ale będzie serial! Zrobi go Krzysztof Skonieczny. A ja ten serial obejrzę.

Powód drugi: „Belfer”

Niech sam za siebie mówi fakt, że wszystkie odcinki tego serialu – a było ich dziesięć – obejrzałam, nie przysypiając nawet przez sekundę. Nie zdarzyło mi się to od baaardzo dawna. Czekałam na „Belfra” z niecierpliwością, odkąd dowiedziałam się, że Jakub Żulczyk (na spółkę z Moniką Powalisz) piszą do niego scenariusz. I cóż powiedzieć, kolejny raz potwierdziło się, że Żulczyk ma rękę do pisania. Teoretycznie to tylko serial kryminalny. W praktyce jednak są tutaj świetne dialogi, kapitalni aktorzy, małomiasteczkowy klimat, zagadka, która wciąga. Nie dziwi mnie, że „Belfer” miał świetną oglądalność – ostatni odcinek zobaczyło ponad 460 tys. widzów, wśród których był nawet Robert Lewandowski. I choć do kilku rzeczy można się przyczepić, to czekam na kolejny sezon. Zaraz, tylko sprawdzę… Tak jest! Kuba też napisze scenariusz.

Powód trzeci: „Chrzciny”

Powiedzieć, że Jakub Żulczyk i Dorota Masłowska to duet doskonały, to nic nie powiedzieć. Wiem, że dobrze się znają i chyba nawet przyjaźnią. Gdy Masłowska zaskoczyła wszystkich (który to już raz?), zamieniając książki na muzykę i pod pseudonimem Mister D. nagrała cudną płytę, do udziału w zabawie zaprosiła Żulczyka. Razem nagrali utwór „Chrzciny”, który mnie oczarował. Bo że Masłowska śpiewa: „Chcę byś zabrał mnie na chrzciny do swej rodziny Chcę wędliny z Tobą żreć, Chcę pić napój Zbyszko Trzy Cytryny i zapach wykładziny poczuć głęboko też” – to mnie nie dziwi. Ale Jakub Żulczyk niemalże rapujący to już jest wydarzenie. A słów używa następujących:

Zabiorę cię na chrzciny, wiesz?
Będziemy tam za pół godziny
Bierz rajstopy ze sobą, szminkę kolorową
I ketonal w stanik włóż sobie też
Nie panikuj, gdy owoce z plastiku same ci będą wpełzać do ust
I nie panikuj, gdy typów bez liku miętosić ci będzie w milczeniu biust
W rosołu lustrze zaraz zobaczysz owal nalanej przyjaznej twarzy
owiewającej cię pytaniami
Czy masz coś przeciwko między nogami?
Na dworze będą leżeć wujkowie co sami siebie kopnęli dziś w twarz
Znokautowani, między ich ciałami, przykryci dywanem połóżmy się spać

Mówcie, co chcecie, ale dla mnie to majstersztyk.

Powód czwarty: Facebook

Kubę na Facebooku podglądam od dawna, często lajkuję jego wpisy, od czasu do czasu komentuję – a gdy o coś go pytam, odpisuje. I to już jest plus. Ale fanpejdż Jakuba to nie tylko zapowiedzi spotkań autorskich czy linki do wyprzedaży jego książek. Jest tutaj mnóstwo scenek z życia wziętych, przemyśleń, anegdotek. Czasem wystarczy jedno zdanie: „Co do zadymy z publicznym karmieniem piersią – no nie wiem, mnie nie oburza aż tak bardzo fakt, że jesteśmy ssakami”.

Powód piąty: Instagram

Sensownie prowadzony, częściowo na poważnie, a częściowo z przymrużeniem oka Instagram Jakuba Żulczyka, który określa się tutaj jako „pisarz polski”, to miejsce, do którego zaglądam często i z niesłabnącą przyjemnością. Nie ma tutaj dziubków, lanserki, której nie trawię, bzdetów. Są za to perełki – jak wspólne zdjęcie Kuby z Łukaszem Orbitowskim, Szczepanem Twardochem i Witem Szostakiem. Wow! Na Instagram Kuby zajrzeć warto choćby po to, by pooglądać sobie jego tatuaże. Ma też fajną koszulkę z cudownym napisem: „Kartkowanie rąk nie brudzi”. No właśnie! Zatem czytajmy książki.

Powód szósty: szczerość

13 września na Facebooku napisał: „Mam do Was dużą prośbę – piszecie cały czas z prośbami o to, czy nie spotkałbym się z Wami osobiście i nie dał dedykacji/podpisu/czegoś tam dla kogoś na prezent. Kochani, naprawdę, serce dla Was na talerzu, ale właśnie piszę książkę, żebyście mieli co czytać, plus kończę jeden projekt scenariuszowy i siedzę w drugim, od dwóch miesięcy własnej matki nie widziałem na oczy, a matka jest tylko jedna. Miejcie litość. Zapraszam serdecznie na spotkania autorskie”. Pisałam już, że JŻ ma świetny fanpejdż na Facebooku? Bo jest szczery. Powód czwarty i powód szósty.

Kiedyś udzielił wywiadu, w którym powiedział wprost: „Trzeba zapier***ać”. Przyznał się, że jest niepijącym alkoholikiem. Że brał dragi. W tym bardzo osobistym tekście wyznał: „Parę dni temu obchodziłem swoją pierwszą rocznicę niepicia i niebrania, i dalej nie umiem powiedzieć tego głośno, dobitnie, stanowczo, podnieść rąk całkiem do góry. (…) No więc ja sobie piłem i wciągałem w najlepsze, i chodziłem na psychoterapię, na której okłamywałem mojego psychoterapeutę w żywe oczy, gdy za każdym razem pytał się mnie, ile w tym tygodniu wypiłem”.

Lubię czytać z nim wywiady, bo gada z sensem, zwłaszcza o trudnych sprawach. Ma chłopak sporo oleju w głowie. Potrafi powiedzieć, że wstydzi się jakiegoś swojego tekstu. Głośno wyraża swoje poglądy – szacunek! Na FB ktoś napisał mu komentarz odnośnie bardziej lub mniej licznych spotkań autorskich: „Jakub, masz talent, twoje książki się połyka, a nie czyta, tak trzymaj, a ci ludzie zawsze tam będą… Pozdr. z UK, żeby nie było, że ograniczamy się tylko do Polski”.

Zatem do połknięcia są:
2006 – Zrób mi jakąś krzywdę… czyli wszystkie gry video są o miłości
2008 – Radio Armageddon
2010 – Instytut
2011 – Zmorojewo
2011 – Świątynia
2013 – Zdarzenie nad strumykiem* (ilustrowana książeczka dla dzieci)
2014 – Ślepnąc od świateł

Życzę smacznego.

Ewa

3