5 powodów, dla których trzeba zobaczyć „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Możesz bez końca oglądać „Pulp Fiction”? Wciąż zachwycasz się „Fargo”? „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to film stworzony dla ciebie! Inni też nie będą się nudzić w czasie seansu…

Dla aktorstwa

Frances McDormand uwielbiam od czasów „Fargo”, gdzie absolutnie genialnie wykreowała postać Marge Gunderson, komendantki lokalnego posterunku policji, której zaawansowana ciąża nie przeszkadza w prowadzeniu śledztwa dotyczącego porwania żony fajtłapowatego sprzedawcy samochodów. Sam Rockwell wbił mi się w pamięć jako Charley Ford z trochę niedocenionego, melancholijnego filmu „Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”, no i oczywiście psychopatyczny „Dziki Bill” Wharton z „Zielonej Mili”.

W „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” oboje wspinają się na wyżyny sztuki aktorskiej, tworząc odjechane, wielowymiarowe i totalnie nieoczywiste postaci. Mildred Hayes (McDormand) jako poszukująca sprawiedliwości matka brutalnie zgwałconej i zamordowanej dziewczyny powinna teoretycznie budzić sympatię widza, a tymczasem okazuje się antypatyczną i złośliwą babą, której trudno kibicować. Jason Dixon (Rockwell) to z kolei głupek, pijak, brutal i ksenofob, dla niepoznaki ubrany w policyjny mundur. Jednak w miarę upływu czasu zaczyna plusować, aż w końcu… musicie przekonać się sami.

Fenomenalnej parze dzielnie dotrzymuje kroku Woody Harrelson, którego zawsze lubiłem oglądać na ekranie, choć jednocześnie niespecjalnie ceniłem jako wielkiego aktora. W roli umierającego na raka szeryfa Billa Willoughby – negatywnego bohatera billboardowej akcji Mildred Hayes, jest po prostu zjawiskowy. Polska policja powinna wyświetlać ten film podczas rozmaitych protestów wywoływanych rzekomą brutalnością funkcjonariuszy. Z dużym prawdopodobieństwem uczestnicy zadym wzruszyliby się wówczas losem mundurowych i rozeszli do domów.

Dla pasjonującej historii

Reżyser Martin McDonagh przyznał, że do stworzenia scenariusza zainspirowały go wspomnienia z pewnej autobusowej podróży, gdy gdzieś przy rzadko uczęszczanej drodze dostrzegł billboardy z „wściekłym, bolesnym apelem do policji w sprawie nierozwiązanej zbrodni”. „Zastanawiałem się, jak wielki ból motywował osobę, która to zrobiła? To wymagało prawdziwej odwagi” – opowiada filmowiec w jednym z wywiadów.

Tak zrodziła się historia Mildred Hayes, mieszkanki Ebbing, małego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Kobieta ma już dość nieudolności policji, która nie potrafi znaleźć mordercy jej nastoletniej córki. I ludzi mówiących jej, że wszystko będzie dobrze. I rozsadzającego od środka poczucia winy, że nie była dobrą matką i mogła tej śmierci zapobiec.

Zdeterminowana Mildred wynajmuje miejsce na trzech nieco zapomnianych billboardach stojących na drodze do miasteczka, a na nich umieszcza prowokacyjny przekaz, skierowany przede wszystkim przeciw szanowanemu przez lokalną społeczność szefowi policji. Akcja zapoczątkowuje zaskakującą reakcję łańcuchową, która dotknie wiele osób, także bliskich głównej bohaterce.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to brutalna przypowieść o meandrach ludzkiej natury. O tym, że cel nie zawsze uświęca środki. O tym, że nawet wrogom warto dać czasem drugą szansę, bo pod pancerzem gniewu i agresji może ukrywać się wrażliwy człowiek, nieudolnie zmagający się ze słabościami. O tym, że życie jest cholernie skomplikowanym, ale jednocześnie pięknym doświadczeniem.

Dla zwrotów akcji

Ryzyko zanurzenia w banał i sentymentalizm było bardzo duże, bo wielu reżyserów z historii Mildred Hayes chętnie uczyniłoby współczesny western o jedynej sprawiedliwiej, samotnie walczącej o prawdę w nieprzyjaznym środowisku. Na szczęście Martin McDonagh miał zupełnie inny pomysł, dzięki czemu stworzył film, w którym na próżno szukać dobrych kowbojów i złych Indian.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” przypominają najlepsze dokonania Quentina Tarantino czy braci Cohen. Tutaj nie da się przewidzieć kolejnej sceny, bo nawet pozytywni bohaterowie mają sporo za uszami, a – na pozór – czarne charaktery nagle okazują się całkiem sympatyczne. „Nie będziesz wiedział, czy tarzać się ze śmiechu, czy kulić ze strachu” – napisał jeden z amerykańskich krytyków i trudno się z tym nie zgodzić. Żeby ponudzić się na tym filmie, trzeba włożyć naprawdę sporo wysiłku.

Dla muzyki

Kompozytor Carter Burwell współpracuje z branżą filmową od lat, spod jego ręki wyszła m.in. ścieżka dźwiękowa do „Fargo”. Przypadek? Nie sądzę. Po prostu gość czuje tego typu klimaty, a w zasadzie przyczynia się do ich tworzenia, bo muzyka odgrywała istotną rolę w genialnym komediodramacie braci Cohen i jest równie ważna w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri”, choć docenia się to dopiero po wyjściu z kina i powrocie do codzienności.

Piszę te słowa na kilkanaście dni przed oscarową galą, ale mam nadzieję, że Burwell opuści hollywoodzki Teatr Dolby ściskając w dłoni statuetkę Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Zasłużył na nią.

Dla humoru (bardzo czarnego)

Jak już ustaliliśmy, reżyserowi udało się bardzo sprawnie uniknąć pułapki sentymentalizmu i moralizatorstwa. Zawdzięcza to przede wszystkim mistrzowskiemu balansowi między powagą a komizmem. Widz wzrusza się, po chwili śmieje, a za moment ściska poręcz ze strachu. Komediowo-dramatyczna jazda bez trzymanki!

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” to film, który mówi o ważnych sprawach, ale jednocześnie nie zapomina o tym, że humor, niczym tlen, jest potrzebny do życia. Dlatego Martin McDonagh aplikuje nam potężną dawkę zabawnych scen. Takich jak ta, w której Mildred Hayes przychodzi do agencji reklamowej zarządzającej tytułowymi billboardami i zastanawia się, co wolno, a czego nie wolno na nich napisać. „Domyślam się, że kurwa, chuj i cipa odpadają. No nie?” – pyta szefa firmy, który nieśmiało dodaje: „albo dupa”. „To chyba się dogadamy” – konstatuje bohaterka filmu.

Takich epizodów można opisywać wiele, ale nie zamierzam psuć wam zabawy. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” po prostu trzeba przeżyć samodzielnie. Naprawdę warto!

Rafał

8

  • Megi

    Generalne polecam ten film. Babka bardzo stanowcza, walczę o swoje i ma gdzieś co o niej myślą inni. Ja zmieniłam dostawcę Internetu i ten film już oglądałam bez zacinania się. Jestem tak bardzo zadowolona że chcę polecić każdemu przeczytać ten artykuł http://twojetrzygrosze.blox.pl/2018/01/Internet-mobilny-z-Novum-numer-jeden-w-2017-r-w.html

  • Byliśmy na tym filmie z Narzeczonym w ramach Walentynek (dacie wiarę, że nie na Greyu!!) i naprawdę zgadzam się prawie z każdym słowem, które tuta napisaliście. I to zakończenie… które nie wiadomo jak się zakończyło… Daawno nie byłam w kinie na filmie, po którym podczas napisów końcowych nikt nie wychodził tylko z nadzieją czekał, że może coś się jeszcze wydarzy. Główne role wykreaowane idealnie!