Z blokowiska można się wyprowadzić, ale nie da się go wymazać ze świadomości. I bardzo mnie to cieszy, bo dzięki dzieciństwu spędzonemu między ponurymi wieżowcami jestem dziś tym, kim jestem…

Już dawno planowałem podzielić się ze światem peanem na cześć swojej blokerskiej młodości, ale jakoś odkładałem to na bliżej nieokreśloną przyszłość. Dopiero zadyma z ministrem Patrykiem Jakim w roli głównej sprawiła, że poczułem silną potrzebę wyartykułowania opinii na ten temat.

Osobom, które nie wiedzą, o co chodzi, przypomnę pokrótce, iż portal gazeta.pl zamieścił (podobno w ramach żartu) młodzieńcze zdjęcie obecnego zastępcy Zbigniewa Ziobry ubranego w dres (oczywiście z obowiązkowymi pasami) i siedzącego na tle przygnębiająco szarej ściany, okraszając to podpisem „Dziś wiceminister i wróg Hanny Gronkiewicz-Waltz. W młodości stał pod blokiem”. Na ripostę polityka nie trzeba było długo czekać.

„Tak, stałem pod blokiem, nawet w nim mieszkałem – tak jak miliony Polaków. Nie każdy miał wille w PL lub Szwecji i z górki jak resortowe dzieci. Trzeba było pracować dwa razy ciężej, żeby coś w życiu osiągnąć” – zatwittował Jaki.

Rozpętała się prawdziwa internetowa burza. Błyskawicznie powstał hasztag #StałemPodBlokiem, a mniej lub bardziej znane osoby broniły ministra i zamieszczały swoje osiedlowe wspomnienia. Część brzmiała neutralnie, jak wpis Piotra Guziała („I stałem i siedziałem i całowałem się i wino piłem i w kwadraty grałem i w kapsle”), inne bezpośrednio waliły w „Wyborczą” oraz utożsamiany z nią establishment („Stał pod blokiem, a mógł w Sowie wcinać ośmiorniczki”, „Pod blokiem na trzepaku uczyliśmy się życia. Kamienicznicy i willarze z Czerskiej uczyli się w tym czasie pogardy do PL”).

W ten sposób portal gazeta.pl nieświadomie (a może w wyniku sabotażu wrogich sił?) włączył się w kampanię wyborczą Patryka Jakiego, który ponoć marzy o fotelu prezydenta stolicy, i z miejsca zapewnił mu pewnie sporo głosów od wyborców nie poczuwających się do bycia „gorszym sortem” z powodu wystawania pod blokiem w czasach młodości.

Nie przekonują mnie argumenty publicystów sympatyzujących z „Wyborczą”, bolejących, że spektakularna akcja #StałemPodBlokiem jest robotą PiS-owskich trolli, którzy skutecznie narzucili narrację w sprawie Jakiego, wykorzystując buzującą w społeczeństwie niechęć do elit.

A może ten podpis pod zdjęciem ministra był zwyczajnie głupi i nieprzemyślany?

Ja też odebrałem go jako sugestię, że ktoś, kto wystawał pod blokiem jest z gruntu gorszy i za cienki, by aspirować do poważnej działalności publicznej. Tymczasem jest dokładnie na odwrót, co za chwilę udowodnię. Oto pięć powodów, dla których cieszę się, że spędziłem młodość wśród wieżowców.

Pod blokiem stałem się facetem

Mieszkałem w 12-klatkowym wieżowcu, nieprzypadkowo zwanym mrówkowcem, bo gdyby wszyscy lokatorzy postanowili nagle wyjść przed budynek, z góry przypominaliby pewnie liczną rodzinę cenionych za pracowitość owadów. Dziwnym trafem zbieraliśmy się zwykle właśnie pod moją klatką. Wciąż nie potrafię wyjaśnić z jakich powodów, ale coś w tym miejscu musi być, bo do dziś przyciąga staczy, choć obecnie są to zwykle panowie w średnim i starszym wieku, pieczołowicie skrywający flaszki we wnęce hydrantu.

Nie wiem, o czym dziś rozmawiają młodsi uczestnicy spotkań pod blokiem, prawdopodobnie większość czasu spędzają na wpatrywaniu się w ekran smartfona. My bardzo dużo gadaliśmy. O szkole, dziewczynach, sporcie i filmach, ale przede wszystkim o życiu. Często dochodziło do ostrych spięć, a ich finałem niejednokrotnie stawało się „solo bez odmów”, czyli po prostu bijatyka, choć zazwyczaj przeradzająca się w taniec kogucików, którzy nie za bardzo chcieli wymierzać przeciwnikowi ciosy.

Właśnie przed blokiem paliłem pierwszego papierosa, próbowałem smaku piwa i z ekscytacją przeglądałem sfatygowaną gazetkę pornograficzną, którą przywiózł z delegacji ojciec kumpla. To tutaj rodziły się i umierały przyjaźnie, powstawały mniej lub bardziej ambitne plany życiowe, kształtowały się umiejętności interpersonalne, w dużym stopniu wykorzystywane przez mnie do dzisiaj. Jestem przekonany, że dorastając w innym środowisku byłbym innym mężczyzną. Lepszym czy gorszym? Nawet nie zamierzam szukać odpowiedzi na to pytanie.

Pod blokiem zyskałem ciekawość świata

Stanie pod blokiem było trochę kontynuacją starego polskiego zwyczaju przesiadywania w oknie, które naszym przodkom (a zwłaszcza przodkiniom) zastępowało dzisiejszy telewizor czy internet. Tutaj zawsze działo się coś ciekawego, a przynajmniej można było założyć, że wcześniej czy później coś się wydarzy: w pobliskim wieżowcu wybuchnie pożar, policja (a dokładniej milicja) po raz kolejny wyprowadzi z domu awanturującego się sąsiada lub na dachu pojawi się samobójca pragnący w spektakularny sposób zademonstrować sprzeciw wobec rzeczywistości.

Jednak bynajmniej nie staliśmy tylko w bezczynnym oczekiwaniu. Wtedy naprawdę dużo się rozmawiało, na wszelkie tematy. Czasem głupie i infantylne, a niekiedy całkiem ambitne, zwykle dotyczące kwestii popularnonaukowych, na przykład poruszanych w kultowym programie telewizyjnym „Sonda”. Oczywiście nie brakowało dyskusji o książkach, bo czytaliśmy bez opamiętania (co innego można było robić w czasach przed Netflixem i PlayStation?). Właśnie przed blokiem dowiedziałem się o istnieniu literackich bohaterów, którzy wywarli ogromny wpływ na moje dzieciństwo, czyli Tomka Wilmowskiego i Pana Samochodzika. A rozbudzona w młodości ciekawość świata zaowocowała wyborem dziennikarstwa, jako ścieżki kariery zawodowej.

Pod blokiem dowiedziałem się wiele o kobietach

Kobietach to może za dużo powiedziane, bo przy całej sympatii dla koleżanek z podstawówki, raczej tkwiły one we wstępnej fazie rozwoju swojej płciowości, co oczywiście dla nas, ich rówieśników, nie miało kompletnie żadnego znaczenia. Choć zgrywaliśmy twardych gości, nie zainteresowanych koleżankami, każde muśnięcie ręki, już o niewinnym pocałunku nie wspominając, stawało się przyczynkiem do wielogodzinnego rozkminiania, a niekiedy też nieprzespanych nocy.

Pod blokiem rozkwitały pierwsze romanse i pseudozwiązki. Nigdy nie zapomnę, gdy po wstępnym „tańcu godowym” pod moją klatką, zaprosiłem uroczą koleżankę z klasy, Agnieszkę na pobliski plac zabaw i na huśtawce skradłem jej całusa, czym nie omieszkałem oczywiście pochwalić się przed kumplami. Przechwałki dotarły szybko do Agnieszki, która już nigdy więcej nie pozwoliła zaprosić się na plac zabaw.

Zazwyczaj wystawaliśmy pod blokiem w męskim gronie, choć czasami dołączały do nas dziewczyny mieszkające w okolicy. Z jedną z nich, Anią, utknąłem kiedyś w windzie. Spędziliśmy tam chyba z godzinę, czekając na ratunek, ale w tym czasie mieliśmy okazję szczerze pogadać, czego nie doświadczyłem wcześniej z żadną koleżanką. Po tej rozmowie inaczej zacząłem patrzeć na szkolne znajome, poprzednio traktowane przez mnie trochę przedmiotowo.

Pod blokiem pokochałem aktywność fizyczną

Tak naprawdę pod blokiem rzadko po prostu staliśmy, bo należę do pokolenia, które nie mogło usiedzieć na miejscu i ceniło ruch, kochającego lekcje WF-u, a nie szukającego tylko sposobu, jak się z nich wymigać. Często spotykaliśmy się pod blokiem tylko po to, żeby zdecydować, na które boisko tym razem idziemy. W okolicy było ich trzy – „Wembley”, „czerwone bramki” i „białe bramki”. Tam rozgrywaliśmy pojedynki między klasami, szkołami i blokami. Nie zawsze toczone w sportowej atmosferze, a momentami nawet brutalne. Emocji jednak nigdy nie brakowało. Z tym większym smutkiem obserwuję los naszych placów gry. W miejscu „Wembley” i „białych bramek” dziś biegnie nowoczesny wiadukt, a tam, gdzie kiedyś znajdowały się „czerwone bramki” rozciąga się tafla sztucznego jeziorka. Podejrzewam, że nawet gdyby boiska wciąż istniały, to i tak świeciłyby pustkami, bo dziś młodzi ludzie bardziej emocjonuje się komputerową piłką nożną niż bieganiem za prawdziwą futbolówką.

Bezludna jest też osiedlowa górka, nawet zimą. Za czasów mojego dzieciństwa pokrywała się wówczas nie tylko śniegiem, ale również tłumem dzieciaków z sankami. Nigdy nie zapomnę styczniowych czy lutowych wieczorów, kiedy po powrocie ze szkoły i przekonaniu rodziców, że nauczyciele byli tym razem wyjątkowo litościwi w obarczaniu nas pracami domowymi, ruszałem na zimowe szaleństwo.  Jeśli brakowało sanek, zjeżdżaliśmy na czym się dało – tornistrach, reklamówkach czy po prostu na butach. Górka oferowała kilka tras zjazdowych o różnym stopniu trudności. Jedna ze ślizgawek była tak stroma, że kilku moich kolegów zostawiło na niej swoje zęby.

Latem wzgórze zamieniało się w twierdzę. Dzieliliśmy się na dwa wrogie obozy – Zbójcerzy i Przyjaciół Mirmiła (kto czytał komiksy o Kajku i Kokoszu, nie będzie miał problemów z rozszyfrowaniem tych nazw). Jedna grupa broniła górki, druga ją szturmowała. Czasami przesadzaliśmy z zaangażowaniem i w ruch szły pięści i kamienie. Mimo to każda walka kończyła się wspólnym spotkaniem w pobliskiej wiosce indiańskiej. Przesiadywaliśmy tam godzinami, opowiadając dowcipy i ciesząc się, że znaleźliśmy się razem w tym właśnie miejscu i czasie.

Pod blokiem nauczyłem się doceniać to, co mam

Niewykluczone, że to samo mógłby napisać facet wychowany w willi z basenem, stojącej pośrodku zamkniętego osiedla, strzeżonego przez barczystych ochroniarzy z kałaszami. Jednak jestem mocno przekonany, iż młodość spędzana w miejscu, gdzie wszyscy mieliśmy podobne do siebie mieszkania, wyposażone w te same meblościanki i czarno-białe telewizory, w czasach, gdy spotykając się pod blokiem nie porównywaliśmy, kto ma bardziej wypasiony telefon czy droższe buty, spowodowała, że potrafię cieszyć się drobiazgami i cenić każdy mniejszy bądź większy sukces rodzinny, zawodowy czy finansowy.

Puentując zaznaczę tylko, że wciąż mieszkam w bloku (choć coraz rzadziej pod nim wystaję), ale dojrzewam do myśli o przeprowadzce w bardziej zaciszne i spokojne miejsce, między innymi ze względu na synka. Choć, gdy czytam, to co napisałem powyżej, może jednak dla jego dobra powinniśmy tu zostać?

Rafał

Fot. Pixabay

 

 

 

5