5 (a w zasadzie 10) filmów, które ostatnio wbiły mnie w fotel

Przyznaję, że jeśli chodzi o kino, ostatnio niewiele robi na mnie wrażenie. Na całe szczęście w gąszczu lichych produkcji można wyłapać perły, które bez wahania polecam każdemu.

Zanim urodził się Filip, często chodziliśmy do kina. Raz na 1-2 tygodnie to była norma. Nawet dwie sylwestrowe noce spędziliśmy w kinie ;-). Według schematu: film, toast noworoczny, znowu film – ten drugi zazwyczaj przesypiałam (nie pytajcie mnie, o czym byli „Excentrycy”). A potem, to znaczy w kwietniu 2016, urodziło nam się dziecko i wszystko się zmieniło. Od ponad dziewięciu miesięcy nie byliśmy razem w kinie. Mnie w tym czasie udało się do kina wyrwać dwa razy – raz na „Osobliwy dom pani Peregrine” (musiałam wyjść na kwadrans przed końcem) i drugi raz na „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” (seans o godzinie 10, cała sala rozkrzyczanych i wcinających prażoną kukurydzę dzieciaków. Scarrry…).

Teraz rzadko oglądamy też filmy w domu. Wieczorami zazwyczaj nam się nie chce albo po parunastu minutach takiego domowego seansu zasypiamy… Inna sprawa, że w ostatnim czasie naprawdę mało co robi na mnie wrażenie. Książki, filmy… Jest ich chyba za dużo, bo tak naprawdę wszystko przez człowieka przelatuje jak przez sito. Niecierpliwie wyczekuję filmów z moich ukochanym Michaelem Fassbenderem, a potem nie pamiętam, o czym były. Coś tam oglądam, a potem wszystko zapominam. Ale! Sytuacja nie jest jeszcze taka beznadziejna, skoro jest kilka filmów, o których myślę często i które wybijają się ponad przeciętność. Polecam do obejrzenia, zwłaszcza rodzicom małych dzieci, którzy muszą się dwa razy zastanowić, co zrobić z wolnym czasem.

„Interstellar” reż. Christopher Nolan

Boże, co to jest za film… Muszę się jednak wytłumaczyć, że to niekoniecznie jest obraz dla każdego. Dla mnie – owszem, bo interesuje mnie komos i zjawiska we wszechświecie. O tym, że „Interstellar” będzie ciekawy, zapewnił mnie Rafał, opowiadając o reżyserze. Nolan robi filmy naprawdę niezłe – stworzył m.in. „Incepcję” i „Mrocznego rycerza”. Lecz „Interstellar” po prostu wbił mnie w siedzenie. Nolan na tapetę wziął temat trudny i cokolwiek kontrowersyjny. Film opowiada o grupie naukowców, którzy odkrywają tunel czasoprzestrzenny. Jest więc mowa o czarnych dziurach, grawitacji, wielu wymiarach. Użyłam słowa kontrowersyjny, bo istnieje spór o to, czy człowiek faktycznie mógłby przenosić się w czasie. Mnie ta tematyka kręci, więc film obejrzałam z zainteresowaniem. Zresztą! „Interstellar” ma przede wszystkim niesamowity klimat. Muzyka (Hans Zimmer – i wszystko jasne) jest mistrzostwem świata. A do tego dwójka aktorów, których ubóstwiam, czyli Matthew McConaughey i Jessica Chastain, która jak dla mnie jest najbardziej niedocenianą aktorką Hollywood (zresztą Anne Hathaway też bardzo lubię). Naprawdę wyjątkowe kino.

„Koneser” reż. Giuseppe Tornatore

Ależ reżyser tego filmu wyprowadził mnie w pole. Dlaczego dokładnie, nie napiszę, bo tym, którzy „Konesera” nie widzieli, zepsułabym niespodziankę. Nie będę spoilerować. Jednak końcówka tego filmu to absolutny majstersztyk i w zasadzie cała historia jest genialna. Dałam się złapać w pułapkę! Główną rolę, tytułowego konesera, gra tutaj niezawodny Geoffrey Rush, który jako Virgil Oldman prowadzi dom aukcyjny. Jest wybitnym znawcą sztuki, całe życie poświęcił pracy. Porządek w jego poukładanym świecie burzy niejaka Claire, która dziedziczy po rodzicach kolekcję dzieł sztuki i prosi Oldmana o wycenę. On w pierwszym odruchu ją zbywa, ona jest nieustępliwa. Okazuje się, że Claire prowadzi nietypowe życie: unika ludzi, żyje w izolacji. Mający już swoje lata Virgil ulega fascynacji młodą kobietą. Co dzieje się dalej, nie zdradzę. Napiszę tylko tyle: to jest film KONIECZNIE do obejrzenia. Zapomnijcie o wszystkim innym, o DiCaprio, „Igrzyskach śmierci” i Greyu. „Koneser” – i już macie pomysł na wieczór.

„Whiplash” reż. Damien Chazelle

Jak ja zazdroszczę takim ludziom talentu! Damien Chazelle jest raptem o rok ode mnie starszy (i niedawno obchodził urodziny – na świat przyszedł 19.01.1985). Właśnie nakręcił obsypany nagrodami „La La Land”, który zdobył rekordową liczbę Złotych Globów (siedem statuetek). Wcześniej jego reżyserskie umiejętności mogliśmy podziwiać w filmie „Whiplash”. O, ludzie! Niewiele jest filmów, które zrobiły na mnie tak duże wrażenie. „Whiplash” to jest po prostu top of the top, crème de la crème współczesnej kinematografii. Mamy tutaj popis umiejętności aktorskich. J.K. Simmons jako Terence Fletcher, surowy i bezkompromisowy nauczyciel muzyki, oraz Miles Teller jako Andrew Neimann, młody perkusista, który pragnie dostać się do zespołu prowadzonego przez Fletchera. Tyle że aby zdobyć przychylność okrutnego nauczyciela, sam talent nie wystarczy. Wciąż się zastanawiam, czy grany przez Simmonsa Fletcher to genialny nauczyciel mający nietuzinkową, acz skuteczną metodę wyławiania talentów, czy po prostu świr i sadysta. A może jedno i drugie? Oceńcie sami. „Whiplash” to kawał doskonałego kina i zaręczam, że te wszystkie ochy i achy umieszczone na plakacie nie są przesadzone.

„Grawitacja” reż. Alfonso Cuarón

Kolejny film o kosmosie, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pamiętam, że gdy wyszłam z kina, nie mogłam się otrząsnąć. To jest w ogóle chyba jedyny jak dotąd film, który obejrzałam w 3D i tego nie żałowałam – w 2D również zrobił na mnie wrażenie, ale już ciut mniejsze (a może dlatego, że był to drugi seans?). W każdym razie „Grawitacja” jest ucztą dla widza. Sandra Bullock jest w tym filmie świetna, George Clooney zresztą też, choć to ona gra pierwsze skrzypce. Przekazuje widzowi nieprawdopodobne emocje. To film o woli życia i przetrwania. Efekty specjalne to już w ogóle najwyższa półka. „Grawitacja” to uczta dla oczu. Od strony techniczno-wizualnej ten film nie ma sobie równych. Do tego kapitalna muzyka. Choć na filmwebie produkcja ma średnią ocen 6,6 i wielu internautów nie szczędzi jej krytyki, dla mnie „Grawitacja” to jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie. A może i w życiu.

„Mad Max: Na drodze gniewu” reż. George Miller

Moja siostra stwierdziła, że to chyba najgorszy film, jaki widziała w życiu. Ja stwierdzam, że to jeden z najciekawszych ;-). Piszą o nim, że to przerost formy nad treścią. A i owszem! Bo właśnie o to tutaj chodzi. Chyba samo założenie serii „Mad Max” ma być przerostem formy nad treścią. Kto lubi tematykę postapokaliptyczną, ten „Mad Maxa” może włączać w ciemno. Bohaterowie żyją na gigantycznym pustkowiu, gdzie najbardziej pożądanym towarem jest benzyna, a świeża woda to rarytas. „Mad Max” to film drogi – tytułowy bohater przyłącza się do grupy uciekinierek, a za nimi w pościg rusza banda Wiecznego Joe. Duet Tom Hardy – Charlize Theron wypada tutaj bardzo przekonująco. Ale mniejsza o grę aktorską, bo „Mad Max” to wizualny popis. Nigdy, przysięgam, nigdy nie widziałam tak odjechanego filmu! Dla mnie to rozrywka pierwszej wody. Maksymalne oderwanie od rzeczywistości. A bohater z gitarą rozwala system ;-).

Oto moja top piątka i powyższe filmy przychodzą mi na myśl jako pierwsze, gdy ktoś pyta mnie o dobre kino. Chciałabym jednak zwrócić waszą uwagę na cztery perełki, które również zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Obejrzyjcie je, bo warto.

„Take This Waltz” – trafiłam na ten film zupełnym przypadkiem. Wciągnął mnie bez reszty. Jest do bólu prawdziwy, dający do myślenia. Samo życie. Margot (Michelle Williams) jest znudzona swoim małżeństwem, choć widać, że z mężem stanowią dobraną parę. Poznaje Daniela (Luke Kirby – wow!), w którym powoli się zakochuje. Co dzieje się dalej, nie zdradzę. Ten film został bardzo dobrze oceniony przez internautów na filmwebie i wcale się nie dziwię. Bardzo polecam.

„Locke” – popis gry aktorskiej Toma Hardy’ego. Ktoś pod tym filmem napisał, że „Hardy to jest kawał aktora”. Nic dodać, nic ująć. Bo ten film to po prostu Tom Hardy. Przyznaję, że nie przepadałam za nim, do czasu, aż zobaczyłam „Locke’a”. To w zasadzie nie film, a słuchowisko – akcja od początku do końca rozgrywa się w samochodzie (!); Hardy jest na ekranie sam, zupełnie sam. Podróżując, prowadzi rozmowy telefoniczne, które tworzą całą fabułę. „Locke” to teatr jednego aktora. Znakomite kino.

„Django”, „Nienawistna ósemka” – czyli dwa ostatnie filmy Tarantino, reżysera, którego uwielbiam i którego talent podziwiam. I „Django”, i „Nienawistna ósemka” to Tarantino w najlepszej formie. Świetne role (Quentin ma znakomitą rękę do aktorów), doskonała muzyka („Nienawistna ósemka” wreszcie dała Oscara Ennio Morricone), klimat, czarny humor. I te tarantinowskie didaskalia! Mówcie, co chcecie, ale dla mnie nie ma takiego drugiego reżysera co Tarantino, a te dwa filmy to majstersztyk (zresztą śmiało dodajmy do tego „Bękarty wojny”, do których bardzo lubię wracać – kapitalny film!). Aha. Kocham plakat „Nienawistnej ósemki”. Mam go w domu. Wciąż się zastanawiam, gdzie go powiesić.

Ewa

fot. plakaty pożyczyłam z serwisu filmweb, zdjęcie główne: Unsplash

4

  • My się staramy oglądać całą rodziną. Aktualnie skończyliśmy cały serial ‚Sherlocka’ i baaardzo polecam. Niektóre odcinki były trochę straszne dla młodszej części rodziny, ale całe szczęście nikt nie miał koszmarów, ani problemów z zaśnięciem 🙂 ale mają po 10 lat najmlodsi, także…
    Wracając, niestety żadnego z tych filmów nie widziałam, chociaż regularnie oglądam filmy. Ale to dobrze, więcej ciekawych będę mogła obejrzeć 🙂

    Pozdrawiam serdecznie!

  • Aria.

    Muszę obejrzeć Osobliwy dom.. Jestem fanką filmów Tarantino, ale Nienawistna ósemka mi się nie podobała.

    lady-aria.blogspot.com

  • Pieknopomojemu

    Nie oglądałam nic z Twojej listy ale chętnie niektóre obejrzę:) Zawsze szukam czegoś ciekawego na wieczór i dzięki Tobie mam już co oglądać:) Pozdrawiam:)
    http://piekno-po-mojemu.blogspot.com/